„Siedem Sióstr”, czyli Plejady współczesnym językiem
Mitologia, która po dziś dzień
stanowi dla twórców niewyczerpane źródło inspiracji, może zostać przetworzona w
mniej oczywisty sposób niż kolejny film o bogach Egiptu lub seria o współcześnie
żyjącym synu Posejdona. Lucinda Riley, autorka książki „Siedem Sióstr”,
wykorzystała motyw mitycznych Plejad, aby napisać wielotomową sagę rodzinną. Zdecydowałam
się zapoznać z pierwszą jej częścią.
Tajemniczy bogacz, Pa Salt, adoptuje
sześć dziewcząt, pochodzących z różnych stron świata i nadaje im imiona
Siedmiu Sióstr, znanych również jako Plejady. Taką nazwę nosi także jeden z
gwiazdozbiorów. Nigdy nie udaje mu się odnaleźć siódmej córki. Gdy w podeszłym
wieku umiera, dorosłe już kobiety powracają do domu, aby go pochować. Okazuje
się, że adopcyjny ojciec zostawił im wskazówki, które mają pomóc im odkryć
swoje prawdziwe pochodzenie. Najstarsza z nich, Maja, decyduje się wyruszyć w
podróż do Rio de Janeiro, aby odkryć swoje korzenie i poznać biologiczną
rodzinę. Wszystkie tropy prowadzą ją do zaniedbanego dworku, w którym niegdyś żyła
Izabela — jej prababka i córka bogatego plantatora kawy, która na życzenie ojca
zdecydowała się wyjść za mężczyznę, którego nie darzyła miłością. Od tej pory
Maja podąża za historią swojej krewnej, która wydaje się pod pewnymi względami
podobna do jej własnej.

Muszę przyznać, że początek książki
bardzo mi się spodobał. Pomysł na przetworzenie historii Plejad oraz na późniejsze
do nich nawiązania wydaje mi się naprawdę dobry. Dzięki temu powieść, chociaż obyczajowa,
zyskuje niezwykłą, przyprawiającą o ciarki, aurę tajemniczości i magiczności. Dodajmy
do tego jeszcze sekret, który chce rozwikłać Maja. Trzeba autorce przyznać, że
naprawdę potrafi zainteresować powieścią i silnie działać na wyobraźnię.
Z obu wątków dużo bardziej podobał mi
się ten dotyczący Mai i jej sióstr oraz prowadzonego przez nią „śledztwa”.
Niestety, zajmuje on w książce dość mało miejsca, ponieważ to historia Bel stoi
tu na piedestale. Został o wiele lepiej skonstruowany, co raczej nie dziwi ze
względu na jego prostotę. Maja wszak nie musi długo szukać, zwłaszcza, że
pomaga jej w tym czarujący pisarz i historyk. Postać ma mroczny sekret z
przeszłości, który utrzymuje czytelnika zainteresowanego nią. Pojawia się też
wątek miłosny, chociaż ku mojemu rozczarowaniu, tak słodki i przewidywalny, że szybko
ma się go dość, jeśli nie jest się miłośnikiem harlekinów. Odniosłam też
wrażenie, że dialogi są za bardzo pompatyczne.
Najważniejsza część książki, ta z
perspektywy Izabeli, wypada niestety bardzo słabo, ze względu na jej banalność.
To po prostu kolejna historia o zakazanej miłości i kobiecie zmuszonej do ślubu
z obcym mężczyzną, jakich wiele. Wszystko toczy się w niej tak, jak można się
tego spodziewać. I jest w dodatku nudna. Naprawdę, ciągnie się w nieskończoność.
Wielokrotnie łapałam się na tym, że staram się robić cokolwiek, byle nie sięgać
znowu po książkę. A przecież, nawet w przypadku naprawdę złych powieści, moja
strategia zazwyczaj polega na jak najszybszym skończeniu lektury, żeby
oszczędzić sobie katuszy. W pewnym momencie Siedem
Sióstr znudziło mnie tak, że nie mogłam patrzeć na ten tekst i przestać
ziewać. Cała magia nagle gdzieś się ulotniła, pozostawiając po sobie gorzkie
rozczarowanie. Bardziej wymęczyłam się chyba tylko czytaniem W poszukiwaniu straconego czasu Prausta.
Trzeba jednak przyznać, że luźna
stylizacja na język bardziej pasujący do lat dwudziestych, działa na korzyść i
oddaje atmosferę tamtych lat, za co trzeba pochwalić również tłumaczkę.
Wątek miłosny w tej części prezentuje
się identycznie, jak w przypadku Mai. Jest przesłodzony, banalny i
schematyczny. Rozwija się zbyt szybko i w pretensjonalny, disneyowski sposób. Naprawdę,
nie ma się na co nastawiać.
Niestety, wszystkie najważniejsze
postacie występujące w Siedmiu Siostrach są
płaskawe, chociaż w przypadku jednych przebiega to dość bezboleśnie, a innych
nie da się znieść. W grupie tych lepszych znajduje się Maja, która mogłaby
być o wiele bardziej pogłębioną bohaterką, gdyby autorka przeznaczyła dla niej
więcej miejsca. Izabela natomiast to już zupełnie inna sprawa. Ta postać jest
tak samo nudna, jak jej wątek, a także dość głupiutka, co jednak można
wytłumaczyć jej młodym wiekiem. Okazała się bardzo nijaką bohaterką, która
nigdy nie potrafi zawalczyć o swoje i daje sobą rozporządzać wszystkim dookoła,
bo nie rozumie, że działanie w swoim interesie a egoizm to zupełnie dwie różne
sprawy. Mam świadomość, że Riley chciała za jej pomocą oddać sytuację kobiet żyjących
dawniej, ale szkodzi w ten sposób powieści. Naprawdę mogłaby ona wskoczyć na ciekawsze
tory, gdyby Bel była bardziej pewna siebie, inteligentna lub samolubna albo
cokolwiek, co uczyniłoby ją wyrazistszą i mniej wymuskaną. Wcale nie
przeszkadzałoby to w oddaniu ucisku kobiet. To też kolejna bohaterka wykreowana
na cierpiętnicę, która ma wzbudzać współczucie. I rzeczywiście współczułam
jej roli takiej życiowej ofiary.
O obu miłościach naszych bohaterek
szkoda cokolwiek pisać. Obaj są IDEALNYMI mężczyznami, co chyba mówi samo za
siebie. Posiadają też identyczne charaktery i podobne zajęcia, bo mają być
swoimi własnymi wersjami z różnych epok. No wiecie. Żeby więcej łączyło Maję i
Izabelę. Tu już Riley za mocno się zapędziła, bo wyszło to naciągane i pseudoartystyczne.
Postaciom nieraz zdarza się mówić do
siebie, co jest nienaturalne, a sam zabieg, stosowany zbyt często, staje się tandetny
(a naprawdę niewiele w tym przypadku trzeba, aby było go za dużo). W Siedmiu Siostrach służy też czasami niepożądanej
ekspozycji.
Autorka dość zgrabnie łączy
przeszłość z teraźniejszością, posługując się przeróżnymi „przekaźnikami”.
Jednym z nich jest, jak zapewne od jakiegoś czasu się domyślacie, słynny pomnik
Chrystusa Odkupiciela, który komponuje ze sobą oba tła i okazuje się ważnym
elementem fabuły. Co zaś można powiedzieć o Rio de Janeiro, które odmalowuje
autorka? Chyba nie oddała atmosfery tego miasta jakoś szczególnie (wielu
czytelników zwraca na to uwagę), ale jak dla mnie wystarczająco.
Książka kończy się dokładnie tak, jak
można się domyślić. Podobał mi się jednak epilog w postaci subtelnego
przejścia do perspektywy kolejnej z sióstr, Alkione, oraz postawienie przed
czytelnikiem następnej zagadki, która może skłonić do dalszej lektury cyklu. Pa
Salt również wciąż pozostaje tajemniczą postacią, którą po kawałeczku czytelnik
będzie mógł odkrywać w dalszych tomach.
Skończyłam czytać Siedem Sióstr dość zmęczona i z
niewielką satysfakcją z lektury. Wymagała ona ode mnie wiele cierpliwości. Będzie
strawna chyba jedynie dla kogoś, kto lubi naprawdę proste historie miłosne. Tytuł,
który nawet w oryginale brzmi Seven
Sisters, wydaje mi się nieadekwatny, bo w stosunkowo bardzo niewielkiej
części dotyczy sióstr, a właściwie to opowiada o Izabeli, która sama w sobie ma
z nimi mało wspólnego. Mimo to jestem ciekawa następnego tomu zatytułowanego Siostra Burzy, ze względu na to, że jej
bohaterką ma być Alkione, której charakter różni się od Mai i, jak
obiecuje autorka, kolejna część ma zabrać nas w podróż do Norwegii z czasów
Griega. Może kiedyś.
Isleen
To zdecydowanie nie jest książka dla mnie, więc jej nie przeczytam. :")
OdpowiedzUsuńPozdrawiam jeżowo
Nikodem z https://zaczytanejeze.blogspot.com/
Mała strata ;) Lepiej przeznaczyć czas na ciekawsze lektury :)
UsuńJuż od momentu "czerujacego historyka" wiedziałam, że coś mi ta książka nie podejdzie. Pompatyczne dialogi, wątek miłosny przesłodzony, idealni mężczyźni i nudna Bel jako główną bohaterka dominującego wątku - to ja jednak za tę serię podziękuję:)
UsuńTo jedna z tych książek, która nie szanuje czasu czytelnika, więc jeśli nie masz go w nadmiarze, to nie ma co się brać ;)
Usuńszkoda kilku słabszych wątków, ale lubię powieści przenoszące czytelnika do przeszłości, dlatego nie mówię tej książce nie :D od czasu do czasu prosta historia miłosna też potrafi mnie zadowolić. pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że Tobie książka spodoba się bardziej niż mi :)
Usuń