„Marsjanin”, czyli kosmiczny Robinson Crusoe.



Co byście zrobili, gdybyście utknęli w miejscu kompletnie odciętym od cywilizacji i nie mieli możliwości skontaktowania się z innymi ludźmi? Popkultura pełna jest takich opowieści. A bohater książki zatytułowanej „Marsjanin” autorstwa Andy'ego Weira, gorzej chyba nie mógł trafić; jak łatwo się domyślić już dzięki tytułowi, przyszło mu zmierzyć się z podobnym wyzwaniem na Marsie.
Astronauta i botanik, Mark Watney, jako jeden z pierwszych ludzi, ląduje wraz z grupą innych naukowców na powierzchni czerwonej planety. Niestety, badaczy zaskakuje znacznie silniejsza niż przewidywano, burza piaskowa, która zmusza ich do ewakuacji i zakończenia misji. Podczas próby dostania się do statku kosmicznego Mark zostaje ranny i gubi się. Reszta załogi, przekonana o jego śmierci, opuszcza Marsa, pozostawiając wciąż jednak żywego Marka samemu sobie. Gdy Watney odzyskuje przytomność, dociera do niego, w jak tragicznym położeniu się znalazł: został sam na innej, pozbawionej warunków do życia planecie, bez kontaktu z Ziemią, gdzie z resztą wszyscy uważają go za zmarłego. Co robi w tej sytuacji? Za wszelką cenę szuka sposobu aby przetrwać i skontaktować się z ludźmi.

Oglądaliście Armageddon albo Apollo 13? Ja wychowałam się na tego typu filmach oraz dokumentach na temat NASA i kosmosu. Przewidywałam więc, że powieść Marsjanin będzie w moim guście. Ale nie spodziewałam się, że aż tak trafi w moje upodobania!
Największe wrażenie zrobiła na mnie postać Marka Watneya. Nasz bohater jest przede wszystkim przesympatyczną osobą, co da się odczuć dość wyraźnie, ponieważ sporą część książki stanowią jego wpisy w dzienniku. Poczucie humoru Watneya po prostu rozkłada na łopatki, czego zupełnie się nie spodziewałam, oczekując raczej czegoś w stylu dramatu psychologicznego. Jakby tego było mało, na prawo i lewo rzuca sarkastycznymi uwagami, których zdaje się posiadać nieskończone pokłady. Chciałam nawet wrzucić na stronę na Facebooku jakiś cytat z niego, ale było tak dużo dobrych, że nie wiedziałam, który wybrać. Jednak nie tylko poczucie humoru sprawiło, że Watney stał się moim książkowym mężem. Pomijając jego inteligencję i zadziwiającą zaradność, trzeba zwrócić uwagę na to, że w obliczu tak beznadziejnej sytuacji nie załamuje się, lecz od razu szuka rozwiązania — co było do przewidzenia, bo przecież nie został astronautą za ładne oczy. Jednocześnie Weir w tak naturalny sposób oddaje jego ekspresję i osobowość, że postać wręcz ożywa na kartach powieści. Momentami miałam wrażenie, że czytam wyznania prawdziwego człowieka, zwłaszcza, że autor nie przesadza w drugą stronę i nie robi z Watneya superbohatera, który jest nieomylny i nic nie może osłabić jego woli. Oszczędza przy tym czytelnikowi nudnych i niepotrzebnych rozterek, które mógłby mieć bohater. Mógłby, jednak w istocie nie ma na nie czasu, jeśli chce przeżyć i takie ukazanie sprawy naprawdę działa na korzyść Marka jako postaci (doskonale zdajemy sobie sprawę z powagi sytuacji, a lament bohatera nic więcej by nie wniósł). Świetne jest także to, że czytając o Watneyu, również dzięki jego rozbrajającej szczerości, udaje się nam nawiązywać z nim więź i muszę się przyznać, że jeśli zaczynam przywiązywać się do bohatera książki, automatycznie urasta ona w moim odczuciu do wysokiej rangi. Wiem, że to mało profesjonalne podejście do literatury, no ale cóż — wolno mi (och, chyba za dużo czasu spędziłam z Markiem. Zaczynam przejmować jego sposób wyrażania się).
Charyzmatyczna i wzbudzająca sympatię postać była właściwie konieczna dla fabuły tego typu, ponieważ siłą rzeczy składa się ona w największej mierze z tego, jaką pracę na rzecz przetrwania wykonuje codziennie Mark i jakie przeszkody napotyka. A są to jednak dość nudne czynności i gdyby bohater był inny, książka stałaby się po prostu niestrawna. Watney odznacza się jednak tak wielką charyzmą, że z zainteresowaniem czyta się jego dziennik, kibicuje się mu i przeżywa się w raz z nim wzloty i upadki. Majstersztyk.
Od książki wręcz nie można się oderwać. Wciąga od pierwszego rozdziału i już nie wypuszcza, do samego końca trzymając w napięciu.
Trudno mi oceniać, czy rozwiązania, na które wpada Mark, rzeczywiście miałyby szansę działać, a zarazem jednoznacznie powiedzieć, czy powieść jest wiarygodna. Marsjanin to bardziej futurystyka niż fantastyka, więc wszystko powinno toczyć się w nim zgodnie z prawami fizyki i obecnym stanem wiedzy naukowej. Jedne wydarzenia i elementy fabuły wyglądają bardziej wiarygodnie, inne mniej (np. Mark wydaje się mieć zdolności regeneracyjne dorównujące Aryi Stark po zjedzeniu zupy). Mimo najlepszych chęci, przez to, że bohater operuje wciąż zagadnieniami z dziedziny fizyki, chemii i techniki, które są mi kompletnie nieznane, czasami nie byłam w stanie zrozumieć, co on właściwie robi, chociaż opisuje to ze szczegółami i w jak najprostszy sposób.
Język powieści nie należy do wyszukanych, wręcz przeciwnie: pełny jest kolokwializmów, a tłumacz miał wyraźny problem z szukaniem synonimów, bo wciąż trafiają się jakieś powtórzenia. Sprawdza się to jednak w przypadku narracji prowadzonej przez Marka Watneya, ponieważ, jak już wiemy, pisze dziennik, a taka kreacja wypowiedzi sprawia, że wydaje się ona bardziej wiarygodna. Wbrew pozorom nie tylko Watney występuje w książce, bo jego wątek przeplata się z tym, co aktualnie dzieje się w NASA. Wówczas narracja zmienia się w trzecioosobową i wtedy prosty, trochę „surowy” język zaczyna być zauważalny. Z drugiej strony, jeśli Weir nie pisze akurat o Marku, to rozdziały wypełniają całkiem niezłe (chociaż nie świetne) dialogi. Trzeba zauważyć, że Andy Weir jest mistrzem „literackiego minimalizmu”; ogranicza wszystkie opisy do minimum, a mimo to nie mamy problemu z odgadnięciem stanu emocjonalnego postaci, jej tonu głosu, wyrazu twarzy i innych rzeczy, dla których inny pisarz sporządziłby cały opis. Jestem staroświecka i lubię ładnie napisane książki z rozsądną ilością opisów, więc początkowo zwięzłość Wiera trochę mi przeszkadzała. Szybko jednak zdałam sobie sprawę, że taki sposób pisania działa tylko na korzyść tekstu, zwłaszcza, że autor wyraźnie do literatów się nie zalicza. W końcu po co porywać się z motyką na słońce?
Niektórych może razić duża ilość wulgaryzmów, jednak w moim odczuciu sprawiają one, że dialogi, jak również dziennik Marka brzmią bardziej naturalnie. No bo spójrzmy prawdzie w oczy: człowiek, który znalazłby się w sytuacji Watneya, raczej bez skrupułów rzuciłby soczystym Kurwa! a nie Och, zostałem sam na Marsie i wszyscy myślą, że nie żyję!
Zakończenie powieści okazało się dość przewidywalne, ale jakoś nie wyobrażam sobie innego. Nie przy takim a nie innym jej wydźwięku. Została zwieńczona nawet puentą; może nie szczególnie błyskotliwą, chociaż też nie całkiem banalną, ale chyba dość nieoczywistą jak na dzisiejsze czasy. Dobrze, że jednak jakaś puenta jest.
Pozycja tak mi się spodobała, że obawiałam się dokończyć czytanie. Nie miałam ochoty na koniec i rozstanie z nią. Przeczuwałam też potężnego książkowego kaca i moje obawy się sprawdziły. Nadal nie mogę wyrzucić jej z głowy. Pocieszam się tym, że mam jeszcze ekranizację do obejrzenia.
Polecam ją szczególnie tym, którzy mają ochotę przeczytać coś lekkiego, z nutką humoru, ale nie całkiem bezmózgiego. Chyba nie przesadzę jeśli powiem, że Marsjanin od razu mi się spodobał i aktualnie jest jedną z moich ulubionych książek.
Isleen

Komentarze

  1. Podczas lektury książki również miałem wrażenie, tak jak ty "przecież to Crusoe na Czerwonej Planecie", albo MacGyver. Aktualnie przez książkę Obserwator [autor D.B. Thorne] poczułem pewien przesyt książek i postanowiłem zrobić sobie mały urlop (co nie oznacza braku postów na moim blogu), od czytania. Ale podejrzewam, że w październiku zacznę na nowo czytać. Ale nie ma tego złego, przynajmniej mogę sobie odpocząć przy oglądaniu filmów i takich tam oraz poćwiczyć pisanie opinii o nich ;)

    Pozdrawiam i zapraszam do siebie, może znajdziesz coś ciekawego.
    https://ksiazki-czytamy.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będę zaglądać ;) Dobrze zacząć czytać z nowymi do tego siłami, bo jednak trzeba w to włożyć trochę wysiłku. A filmy cenię prawie tak, jak książki, chociaż oglądam o wiele mniej niż czytam. Ale dobra historia to dobra historia, niezależnie od medium :)

      Usuń
  2. Marsjanin jest świetny i czytało mi się go podobnie jak tobie. Oglądałam też ekranizację i Mark już zawsze będzie miał twarz Matta Damona, to był casting idealny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Matt Damon fajny jest ;) I widziałam trailery, już teraz sobie nie wyobrażam nikogo innego w tej roli :D

      Usuń
  3. nieczęsto czytam scifi, ale Marsjanin również mnie zachwycił, uwielbiam poczucie humoru Marka. cieszę się, że książka Ci się spodobała, koniecznie obejrzyj film :D pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już nie mogę doczekać się okazji do obejrzenia :D

      Usuń
  4. Czytałam książkę całkiem niedawno. Film znam od dawna i... osobiście muszę przyznać: wolę film :D Pewnie to dlatego, że od razu znałam całą historię, więc automatycznie opisy co i jak dokładnie się stał i jak działało pod względem fizycznym nieco mnie nużyły. Ale to dalej dobra, przyjemna lektura.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się z kolei trochę obawiam ekranizacji, no bo wiesz, jak to jest... ;) Ale póki co wierzę Wam, że jest dobra :)

      Usuń
    2. Jest bardzo przyjemna :D
      Ach, i wybacz, ale... przypadkiem usunęłam Twój komentarz ;/ Akceptowałam na komórce i nim się obejrzałam telefon uznał, że chciałam nacisnąć "usuń" ;/

      Usuń
    3. Ach te kosmiczne technologie, jednak wciąż zawodzą :D Nie ma sprawy, napiszę jeszcze raz ;)

      Usuń
  5. Dostałam kiedyś w prezencie "Marsjanina". I chociaż miałam wielką ochotę na tę powieść, bo jest bestsellerem i nie spotkałam negatywnej recenzji, a i chęć mam obejrzeć film, to pomimo wszystko nadal leży na półce. I trochę się jej obawiam...

    OdpowiedzUsuń
  6. O proszę, nie spodziewałam się, że aż tak spodoba Ci się "Marsjanin". Co więcej - od momentu, w którym obejrzałam film, zaczęłam wątpić w tę książkę, chociaż jej nie czytałam. Jednak ekranizacja mnie zmiażdżyła, była naprawdę nudna i strasznie patetyczna (jakby amerykańska flaga powiewała w tle). No ale może warto się skusić na pierwowzór literacki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe to, co piszesz, bo książka praktycznie w ogóle nie jest patetyczna, wręcz przeciwnie, momentami miałam wrażenie, że Weir pisał ją dla zabawy i głośno się śmiał sam z tych tekstów Marka. Ale ekranizacje już mają to do siebie, że potrafią dobrą historię, którą mamy w książce, tak zepsuć albo tak zniekształcić, że lepiej, aby w ogóle nie powstały. Póki co ekranizacja wciąż przede mną.

      Usuń
  7. Tyle dobrego słyszałam już o tej książce, że muszę po nią sięgnąć :D Zazwyczaj nie czytam tego typu powieści, ale jest otwarta na nowości i chętnie je poznaję :) Mam nadzieję, że mi również spodoba się tak jak i Tobie. Teraz tylko pozostaje mi polować na "Marsjanina" w dobrej cenie :D
    Buziaki! ;* Dolina Książek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam nadzieję, że przynajmniej nie będziesz żałować lektury :) A książkę chyba dość łatwo dorwać całkiem tanio, ja za swoją zapłaciłam niecałą dyszkę, w Biedronce.

      Usuń

Prześlij komentarz

Będzie mi bardzo miło, jeśli wyrazisz swoje zdanie. :) Każdy komentarz satysfakcjonuje.

Pamiętaj jednak, że natychmiast usuwam spam i wszelkie wypowiedzi naruszające zasady netykiety.

Popularne posty z tego bloga

„Dragon Age: Inkwizycja — Zstąpienie”. Wracamy na Głębokie Ścieżki.

„Księgi skór: Tusz”. Książka z potencjałem — czy wykorzystanym?

Książkowy stos #11

„Seria królewska: Przeklęty książę”. O księciu bardziej głupim, niż przeklętym.

Pozycja obowiązkowa dla rodziców. „W głowie się nie mieści”.