Frazes goni frazes. „Potęga pewności siebie”.
We wstępie do poradnika
zatytułowanego „Potęga pewności siebie” Brian Tracy obiecuje, że rady, które w
nim zamieścił są tak pomocne, że czytelnik odczuje zwiększoną pewność siebie
jeszcze przed zakończeniem lektury. Czy rzeczywiście książka może wywrzeć aż
tak wielki efekt, jak twierdzi jej autor?
Brian Tracy jest amerykańskim mówcą
motywacyjnym, znanym nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale w wielu innych
częściach świata. Dyrektor Brian Tracy International, czyli firmy
specjalizującej się w szkoleniu organizacji, odniósł ogromny sukces w swojej
karierze zawodowej. Można się spodziewać, że poradnik napisany przez kogoś
takiego rzeczywiście powinien być rzetelny i dobry, bo podparty doświadczeniem.

Przede wszystkim wielką autopromocję.
Na samym początku autor przekonuje, że nieograniczona pewność siebie daje
nieograniczone możliwości, a jego sposób na wypracowanie jej w sobie jest
niezawodny. Czerwona lampka zapaliła mi się już w momencie, w którym Tracy
pisał o „nieograniczonej pewności siebie”. Po pierwsze, nie wierzę, że ktoś,
nawet on sam, naprawdę taką dysponuje. Nawet, jeśli rzeczywiście głównie dzięki
temu zawdzięcza swój sukces, to nie sądzę, że nigdy się nie bał i nie miał
wątpliwości co do tego, że postępuje słusznie lub że w ogóle uda mu się coś
takiego osiągnąć. Po drugie, autor sugeruje, że pewność siebie nigdy nie jest
zbyt wielka, co uważam za kompletną bzdurę. Ilu ludzi przecenienie własnych
umiejętności zaprowadziło już na manowce? Przecież wątpliwości, krytyczny osąd
własnych działań oraz odrobina niepewności potrafią uchronić przed popełnianiem
poważnych błędów. Oczywiście, nie twierdzę, że pewność siebie jest zawsze zła,
a obawy skutecznie chronią przed pomyłkami. Wszak pewność potrzebna jest
w wielu dziedzinach i naprawdę potrafi być pomocna — zauważam tylko brak zdrowego
rozsądku w wywodzie Tracy'ego, bo wiadomo, że wszystko jest dla ludzi, byle
z umiarem. A umiaru w przepisie na sukces Tracy'ego niestety brak.
Następnym błędem, który zauważyłam w
poradniku, jest utożsamianie szczęścia z tylko jedną konkretną jego wizją — a
jest to oczywiście wizja Tracy'ego. Autor zapewnia, że pewność siebie pozwala osiągnąć
jego pełnię i właśnie w tym ma pomóc czytelnikowi napisana przez niego książka.
Zdaje się jednak nie brać pod uwagę, że można być szczęśliwym nawet wtedy, gdy
nie zarabia się milionów, nie kieruje się wielką korporacją, nie wygląda się
lepiej niż inni, nie bierze się od świata wciąż więcej i więcej i nie zmienia
się go. Zapewne wielu ludzi wyobraża sobie, że byliby szczęśliwi móc żyć w ten
sposób, ale jestem pewna, że tak naprawdę nie wszystkich zadowoliłoby takie
życie. Autor rozpisuje się o osiadaniu na laurach i popadaniu w
samozadowolenie, ale można o nich mówić jedynie wtedy, jeśli pojawiają się na
tej drodze do szczęścia, jaką on opisuje. Inaczej wszystkich ludzi, którzy świadomie
postanowili wieść zwyczajne, stabilne, spokojne życie i cieszących się z małych
rzeczy, musielibyśmy uznać za nieszczęśliwych leni i tchórzy, którzy boją się
wziąć sprawy we własne ręce.
Tak naprawdę książka wydaje się być
skierowana przede wszystkim do pracowników wielkich korporacji oraz do tych,
którzy obrali sobie za cel życiowy wybicie się ponad przeciętność (np. poprzez zdobycie
sławy lub pieniędzy). Ma służyć nakręceniu czytelnika do przyłączenia się do
wielkiego wyścigu szczurów. Niestety, poradnik nie rozbudził we mnie chęci do
wspinania się po szczeblach kariery, chociaż ewidentnie po to został napisany.
Może autorowi udałoby się wywrzeć pożądany skutek, gdyby nie posługiwał się
wciąż wytartymi frazesami; nie mam pojęcia, kogo jeszcze poruszają sentencje w
stylu „Jesteś kowalem własnego losu” albo „Dzięki ciężkiej pracy możesz zdobyć
wszystko”. Nie chcę podważać ich prawdziwości — to kwestia dyskusyjna —
zauważam tylko jak schematycznymi i nieskutecznymi narzędziami retorycznymi
posługuje się autor. Potęga pewności
siebie to taki wielki zbiór głębokich jak woda w szambie motywatorów,
takich samych jak te, które wiszą na ścianach w pomieszczeniach biurowych
wielkich korporacji (taka ciekawostka: internetowe Demotywatory powstały
właśnie po to, żeby się z nich pośmiać).
Aby uwiarygodnić to, o czym pisze, autor
przytacza czasami historie różnych ludzi, którzy osiągnęli coś wielkiego, bo
stosowali się do proponowanych przez niego zasad. Nigdy jednak nie pisze
dokładnie, kim były te osoby (określa je jedynie mianem „Pewnej Kobiety” lub
„Mojego Znajomego”), jak wyglądała ich droga, jaką firmą kierowali lub w jakiej
pracowali (lub mówi o tym rzadko). Przez to te historie brzmią tak samo
niewiarygodnie, jak opowieść o rzekomym ubóstwie i drodze do lepszego życia
samego Tracy'ego.
Na szczęście Brian Tracy, poza
wychwalaniem stworzonych przez siebie metod, postanowił dawać również bardziej
praktyczne rady. Na końcu każdego rozdziału znajdziemy listę ćwiczeń, które
mają pomóc nam w nabraniu odpowiedniego nastawienia do pracy nad sobą lub
zaplanowaniu działań, które chcemy podjąć, aby osiągnąć nieograniczoną pewność
siebie i sukces. Chociaż niektóre z nich, takie jak na przykład to polegające
na ciągłym powtarzaniu sobie „Mogę to zrobić!” lub na kupieniu i regularnym
słuchaniu motywujących, pozytywnie nastawiających nagrań, wzbudziły u mnie
jedynie lekko zażenowany uśmiech, to już na przykład ćwiczenie zakładające wyobrażenie
sobie siebie na upragnionym stanowisku i wszystkich kroków wstecz, które
należało uczynić, aby się na nim znaleźć, wydaje mi się całkiem sensowne.
Poradnik zawiera dość uniwersalne metody, jak skutecznie, krok po kroku,
wytyczać szlak wiodący do realizacji celów i to jedna z jego mocniejszych
stron. Niestety, w ogólnym rozrachunku ćwiczenia (i to nie zawsze dość
praktyczne) stanowią niewielką część poradnika.
Jeden z rozdziałów wydawał mi się na
tle pozostałych nieco lepszy, a mianowicie ten, który mówi o ponoszeniu
porażek. Podoba mi się myśl autora, w której wyraża swoją wiarę w to, że w
rzeczywistości są one nieuniknione i jedynie dobrym przygotowaniem i umiejętnym
przewidywaniem wszystkich ewentualności możemy zmniejszyć częstotliwość lub
prawdopodobieństwo ich występowania. Całkiem słusznie też zauważa Tracy, że
powinniśmy traktować je jak szansę do nauczenia się, jak następnym razem zrobić
coś lepiej. Niestety to, jak wyrobić w sobie takie spojrzenie na sprawę i jak
umiejętnie planować i być przygotowanym na wszystko, autor pozostawia już nam.
Również w tej kwestii popadł w lekką przesadę, zrzucając odpowiedzialność
za wszystkie niepowodzenia temu, kogo one dotknęły (zaprzeczając sam sobie). Chociaż
ma rację twierdząc, że większość problemów tworzymy sobie sami, to
przypisywanie winy za całe zło, jakie nas spotyka właśnie nam, nie wydaje mi
się słuszne, chociażby dlatego, że jak sam przecież twierdzi, nigdy nie
jesteśmy w stanie kontrolować wszystkiego. Jeśli ktoś rodzi się z
nieuleczalną chorobą genetyczną nie jest to jego wina. Jeśli ktoś nie osiągnął
odpowiedniego wzrostu i przez to nie może występować na wybiegu jako modelka, to
również nie ma na to wpływu. Gdy jesteśmy zmuszeni gwałtownie zahamować, przez
co osoba za nami, która nie utrzymała odpowiedniego dystansu skasowała nam zderzak,
to też nie jest nasz błąd.
Muszę również zauważyć, że ilość
frazesów i zwyczajnych głupot w wywodach Tracy'ego sprawiła, że już w połowie
miałam ochotę odłożyć książkę. Dodajmy, że publikacja nie została napisana w
zbyt atrakcyjny sposób. Nie czyta się jej jakoś przyjemnie. Jest po prostu
bardzo poprawna pod względem formy i stylu i autor nie umie przyciągnąć uwagi
czytelnika. Bez przerwy też się powtarza.
Chociaż chciałabym, nie mam Wam
niestety czego polecić. Może nie zrobicie sobie wielkiej krzywdy książką
Tracy'ego, ale nie ma się też czym ekscytować. Wcale nie poczułam się bardziej
wyjątkowa lub pewna siebie po przeczytaniu, a podobnych frazesów, jakie tu
znajdziemy, krąży po Internecie od cholery. Jak dla mnie Potęga pewności siebie to publikacja, która miała za zadanie
rozreklamować usługi Brian Tracy International — same obietnice, mało konkretów
oraz zachęcenie do wykupywania innych książek oraz wykładów autora na jej końcu,
zupełnie jak w folderze reklamowym. Może lepiej poświęcić swój czas lepszym
poradnikom.
Isleen
Czyli jednak moja głęboko zakorzeniona niechęć do poradników w tym przypadku by mnie uratowała ;). Zgadzam się z Tobą w 100% - myślenie, że nie ma czegoś takiego jak za dużo pewności siebie, to całkowita bzdura. Zresztą narcyz, bo tak można nazwać tego typu osobę, wcale nie jest człowiekiem szczęśliwym. Żyje we własnym świecie sądząc, że żadne ograniczenia nie istnieją, a on sam jest jednostką ponadprzeciętną.
OdpowiedzUsuńBędę omijać tego pana szerokim łukiem :).
Co prawda nie wiem, jak Tracy radzi sobie z publicznym przemawianiem, bo być może mówi lepiej niż pisze, mimo to nie mam ochoty sięgać po więcej jego porad ;)
UsuńNie wiem, czy ten autor napisał też Potęgę podświadomości, ale miałam kiedyś ten twór w rękach i co się osmialam, to moje :p Za ten o pewności siebie też podziękuję, bo nielogiczności które wymienilas trzymają mnie od tej książki daleko :)
OdpowiedzUsuńSprawdziłam i chyba nie on to napisał. Ale i tak trochę o podświadomości mówił ;)
UsuńCzyli zmylił mnie podobny tytuł. No cóż, moją pewność siebie zostawię jednak w spokoju, nie czuję się na siłach zdobywać jakieś szczyty kariery, wolę więc jej nie prowokować XD
UsuńEch... Rzadko zdarza mi się czytać dobry poradnik. Zbyt rzadko. Większość to bełkot, zlepek mądrych zdań powiedzianych przez kogoś innego, powoływanie się na znajomych, koleżanek koleżanki, krewnych i znajomych królika, z rzadka bibliografia, a jeszcze rzadziej wiarygodna bibliografia. Niestety najgorsze są te, które są napisane tylko po to by się wypromować. W dodatku większość takich autorów uważa się za arcysprytnych, bo któż przeczyta ich autobiografię? Mało kto, bo nie są celebrytami, znanymi osobistościami. Ale po poradnik, polityczny esej itd.? Ooooo, to już szybciej. W rzeczywistości rzekomy poradnik, esej, jest wypełniony samomiłością, własnymi zdjęciami (mamusia jest taka dumna!), wyrazami uznania pod adresem swojej mądrości oraz oczywiście skromnymi zaprzeczeniami lub nieskromnym "przyznaniem się do winy" z czarującym uśmiechem i porozumiewawczym mrugnięciem "ach Ty, ach Ty, tu mnie przyłapaliście!" Bleh. Mdli mnie od takich cwaniaczków.
OdpowiedzUsuńInna sprawa, że naprawdę ostatnio jest wysyp pseudoporadników i uczciwie mówiąc, uważam, że powinno się to wręcz sprawdzać, właśnie pod kątem szkodliwości. Od antyszczepionkowców (przepraszam, w tej sprawie jestem bezlitosna) szerzących wierutne bzdury, przez pseudonauki o buddyzmie, hinduizmie, szamanizmie itd., które z tymi religiami nie mają wspólnego nic czy "głodówki dla nastolatek"(serio - to diety dla nastolatek, które czują się nieatrakcyjne i niewystarczająco szczupłe!), po nacjonalistyczne postulaty, rasistowskie, seksistowskie i ksenofobiczne nawoływania do przemocy. Ostatnio szerzeniem tego zajmują się niestety właśnie półki pełne rzekomych poradników i tego typu literatury. Ciarki biorą.
Mądrze mówisz. Na porażki nie wolno się obrażać, trzeba się uczyć i wyciągać wnioski, ale tak jak napisałaś mądrze na głowę robi świadomość, że nie na wszystko mamy wpływ. :)
Chyba żyjemy w erze jakiejś postprawdy, chociaż niechętnie to przyznaję. Tak się szczycimy, że jesteśmy tacy sprytni i oczytani, że mamy nie wiadomo jak rozwiniętą naukę i świadomość, a ile osób daje się nabrać na jakiś bełkot tylko dlatego, że powiedział go ktoś z tytułem albo z sukcesem. Antyszczepionkowcy to dla mnie jakiś rak. Tak samo, jak zalew pseudoporadnikami i pseudopodręcznikami. To jest straszne. A jeszcze straszniejsze jest to, że większość tego, co wiemy, to zupełna bzdura albo półprawda. Media żyją teraz fakenewsami, zarówno te lewicowe jak i prawicowej. Wszystko pod konkretną opcję polityczną i dla sensacji, bardzo mało obiektywnie i rzetelnie podanych wiadomości. Przerażające. Nie wiadomo, czemu ufać. Na studiach zrozumiałam, ile głupot wciska się dzieciom w szkołach, a z jeszcze innych źródeł, ile z kolei głupot wciska się studentom. I komu wierzyć?
UsuńPoradników nie cierpię więc tutaj zdecydowanie mówię nie.
OdpowiedzUsuńPrzynajmniej w tym przypadku nic nie stracisz ;)
UsuńPo tego typu książki nie sięgam z wielkim entuzjazmem, czasem zdarza mi się je przejrzeć w poszukiwaniu jakiś inspiracji, albo tak aby odwrócić myśli od innych spraw. :)
OdpowiedzUsuńBookendorfina
W tym przypadku raczej nic nie tracisz, nie sięgając ;)
Usuń