„W jednej osobie” czyli co to znaczy być „normalnym”?
„W
jednej osobie” to pierwszy tytuł Johna Irvinga jaki czytałam. Sięgałam po tą
książkę z dużym zaciekawieniem. Lubię czytać o gejach, a w dodatku to, że
główny bohater jest pisarzem sprawiło, że z jeszcze większą ochotą otworzyłam
książkę.
William „Billy”
Abbott to ściśle mówiąc biseksualista. Jest już starcem gdy go poznajemy. Cała
książka to jego bardzo intymna opowieść, w której opisuje swoje życie, ujmując
je głównie pod kątem swojej orientacji seksualnej. Jego dorastanie i młodość
przypadły na lata 60 i 70 ubiegłego wieku — czas dość trudny dla osób homo i
biseksualnych. Uprzedzenia panujące w tamtym okresie w Stanach Zjednoczonych (i
nie tylko) jak i niepełna wiedza na temat zjawisk takich jak homoseksualizm
sprawiły, że młody Billy nie miał łatwego wkraczania w dorosłość. Musiał zmagać
się zarówno ze swoją odmiennością jak i trudnościami, jakie sam napotykał ze
zrozumieniem jej. Poznał uczucie wyobcowania, bywał niezrozumiany a czasem
nawet krzywdzony za to, jaki jest. W
jednej osobie to opowieść o tym, jak młody chłopiec poznaje siebie, uczy
się rozumieć swoje potrzeby i jak radzi sobie w życiu dorosłym będąc
biseksualnym.

Trzeba przyznać,
że W jednej osobie to powieść bardzo
ciekawa i wciągająca. Chociaż na pierwszy rzut oka na to nie wygląda, sporo się
w niej dzieje. Szczególnie interesujące dla mnie było zarysowanie pewnego
wycinka rzeczywistości panującej w Stanach w latach 60 i 70, zwłaszcza tej
przedstawionej z perspektywy młodego biseksualisty. Również późniejszy
opis ukazujący życie gejów, transseksualistów i biseksualistów „od kuchni”,
przytaczanie funkcjonującego w ich grupach żargonu, sposobów bycia, komunikacji
a nawet pewnego kodu, jakim posługiwali się w tamtym okresie między sobą, jest
tutaj czymś cennym. Nie tylko dlatego, że taki laik jak ja mógł zerknąć na
chwilę do świata, który jest mu kompletnie obcy. Poprzez to powieść zyskuje
specyficzny dla siebie klimat. Poza tym życie tej społeczności Irving
przedstawia w sposób nie tylko obrazowy, ale również tak, że w pewnym momencie
zaczynamy się w niego „wdrażać” — w tym sensie, że im bardziej swojski staje
się dla Billa, tym bardziej i nam zaczyna wydawać się normalny, a przynajmniej
przyzwyczajamy się do niego.
W tle całej
opowieści majaczą niektóre najważniejsze wydarzenia i nastroje panujące w
Stanach Zjednoczonych w drugiej połowie XX wieku i na początku XXI. Irving zgrabnie
splata z nimi fabułę i ukazuje, jak świat zmienił się przez te lata —
również dla przedstawicieli mniejszości seksualnych. Szczególne znaczenie ma
między innymi plaga AIDS oraz powstawanie grup LGBT. W jednej osobie kojarzy mi się trochę z twórczością Ericha Segala,
który również za jej pomocą tworzył przekroje społeczeństwa amerykańskiego i
przedstawiał jego portret, adekwatny do panujących czasów. Właściwie, jeśli
chodzi na przykład o sam styl, to nawet czytało mi się podobnie, jak Segala —
nie tylko przez to, że mamy tu do czynienia z powieścią obyczajową, ale także
dzięki prostemu, ale nie prostackiemu językowi. Irving też całkiem podobnie
skonstruował tu bohaterów, a zwłaszcza postacie kobiece.
Skoro o nich
mowa, Billy'ego otacza mnóstwo ciekawych, barwnych, świetnie wykreowanych
osobowości. Każdy z tych bohaterów jest inny. Mają oni przeróżne poglądy i
charaktery, kształtują się zupełnie inaczej i są bardzo wyraziści. Podoba mi
się zwłaszcza to, że również przedstawiciele mniejszości seksualnych różnią się
między sobą, mają różne upodobania, temperamenty i sposoby bycia, a nawet
spojrzenie na własną odmienność. Są po prostu ludźmi z krwi i kości, tworzącymi
swój własny, trochę podziemny mikroklimat. Ale również kreacje postaci, które
mniejszości seksualnych nie reprezentują, wypadają bardzo przyzwoicie.
Szczególnie
zapadła mi w pamięć panna Frost, która jest po prostu genialną postacią. Wzbudziła
mój szacunek i podziw. To typowa bohaterka-mentor, czyli w tym przypadku osoba,
która rozumie Billy'ego i stara się mu pomóc, przy czym posiada również swoją
własną historię, którą poznawałam z wielką przyjemnością i która wciąż się
rozwija po zawarciu znajomości z Billy'm. Panna Frost to wojowniczka, zarówno w
znaczeniu metaforycznym jak i dosłownym, o silnym charakterze, posiadająca
umiejętność płynięcia pod prąd i duże doświadczenie życiowe. Mogłabym
przeczytać osobną książkę tylko o niej.
Jedyną postacią,
która Irvingowi nie wyszła, jest — niestety — sam Billy Abbott. Niesie to dość
duże konsekwencje dla całej powieści, ponieważ jest ona konstruowana nie tylko
przez punkt widzenia homoseksualistów, ale przede wszystkim przez jego
spojrzenie. Ta postać jest jak dla mnie okropnie drewniana. Zdaję sobie sprawę
z tego, o czym ma mówić W jednej osobie,
jednak wydaje mi się, że biseksualizm nie powinien być jedynym, co definiuje
Billy'ego. Oczywiście, jest to niewątpliwie istotna kwestia i ważny fundament
dla tego bohatera, jednakże jestem przekonana, że życie żadnego człowieka nie
kręci się jedynie wokół jego seksualności, nie ważne, jak odmiennej od
przyjętego przez społeczeństwo modelu. Wszystko, co spotyka Billy'ego i ma na
niego wpływ, wynika z jego odmienności i mam wrażenie, że nie kształtuje go nic
innego. Z resztą Billy wydaje mi się bardzo nieempatyczną i przez większość czasu
po prostu niedojrzałą osobą, zapatrzoną tylko w czubek własnego nosa, pastwiącą
się irytująco długo nad tym, że niektórzy go nie rozumieją (bo wcale nie
wszyscy, ma przecież wsparcie nawet u heteroseksualnych osób). Bohater dopatrujący
się dyskryminacji nawet w spojrzeniach innych ludzi, przyjmujący roszczeniową
postawę w dialogu o tolerancji i rzucający niekiedy poglądami, za którymi
jedynym argumentem jest „bo tak” (przy czym i to trzeba sobie
dopowiedzieć), nie wzbudził mojej sympatii. Dodajmy jeszcze, że te poglądy są
zupełnie sprzeczne z moimi, ale to już osobna kwestia.
Właściwie o
Billy'm trudno powiedzieć coś więcej oprócz tego, że jest biseksualistą. Nawet
jego emocje w wielu momentach nie są dość dobrze zarysowane — Abbott to jak dla
mnie taka emocjonalna kłoda, której uczucia można poznać tylko w nielicznych
momentach. A naprawdę dla barwności opowieści przydałaby się szersza ich gama.
Wiem, że w dobrej książce nie wszystko jest tak po prostu podane na tacy,
zwłaszcza to, czego czytelnik jest w stanie sam się domyślić lub jeśli coś da
się wyczytać między wierszami. Jednak Billy niekiedy naprawdę wydawał mi się po
prostu obojętny i pusty, a momentów emocjonalnych było jak dla mnie za
mało (a ja naprawdę nie z tych, którzy lubią przesadę pod tym względem). Poza
tym, dla mnie jako czytelniczki będącej młodą, heteroseksualną kobietą, ciężko
było zrozumieć pewne stany emocjonalne towarzyszące osobie takiej, jak Billy —
dlatego uważam, że powinny zostać lepiej zdefiniowane i wytłumaczone, w jakiś
sposób przybliżone. Biorąc pod uwagę ogólny apel wystosowany poprzez tą
powieść, nawołujący do szanowania i traktowania mniejszości seksualnych po
ludzku, lepsze studium emocji bohatera wzmocniłoby ten przekaz. Oczywiście,
Irving prowokuje i to z klasą, jednak nie można jednocześnie prowokować i nawoływać
do szacunku dla czegoś, czego inni nie rozumieją. Przynajmniej mi się to ze
sobą gryzie, ale to też wynika z mojego osobistego przekonania, że jeśli
włazimy do czyjegoś horyzontu poznawczego z butami i każemy zaakceptować inny
porządek, niż ten, który ten ktoś już przyjął, nie ma co się dziwić, że
wykopują nas bez skrupułów za drzwi. Oczywiście, szacunek należy się każdemu człowiekowi,
bez względu na to, jaki i kim jest. Jednak zdaję sobie sprawę, że w
rzeczywistości często mamy z tym problem. W takim przypadku — przynajmniej
według mnie — o wiele skuteczniejszy byłby dialog i wytłumaczenie swojego
punktu widzenia, ukazanie swoich emocji i przede wszystkim człowieczeństwa, a
nie zatkanie uszu i krzyk. Można w ten sposób prowokować, ale wątpię, by miało
z tego rzeczywiście coś wyjść.
Miałam nadzieję,
że Billy będzie opowiadał więcej o swojej karierze pisarskiej i swoich doświadczeniach
z nią związanych, jednak jedynym, czego się dowiadujemy jest to, że jego
książki opowiadają (znowu!) o biseksualizmie, zwłaszcza jego własnym. Dopiero
pod koniec ta postać zaczyna „nabierać rumieńców” — staje się aktywna a nawet charyzmatyczna,
coś rzeczywiście w niej ewoluuje. Szkoda, że dopiero wtedy. Chociaż nie
sprawiło to, że polubiłam Billy'ego, dobrze, że rozwinął się w ten sposób
(lepiej późno niż wcale).
Zakończenie powieści
wywołało u mnie uśmiech. Bardzo przemawia do mnie zawarta w nim puenta. Szkoda
tylko, że w moim odczuciu Billy pod koniec przeczy sam sobie.
W jednej osobie to pozycja bardzo
odważna. Chociaż postać Billy'ego kładzie się na niej cieniem, nie sposób odmówić
jej walorów. Jest to z pewnością inteligentna lektura, której warto poświęcić
swój czas. Pewnie kiedyś jeszcze sięgnę po prozę Johna Irvinga, zwłaszcza, że
opisy jego książek wydają mi się bardzo interesujące, chociaż przyznam
szczerze, że po W jednej osobie mam
chwilowo trochę dość czytania o gejach, transseksualistach i tym podobnych.
Isleen
Planowałam przeczytać ją jakiś czas temu i jakoś odpuściłam sobie. Teraz w sumie nadal nie mogę przekonać się do niej, ale może kiedyś dam jej szansę.
OdpowiedzUsuńTematyka raczej nie jest dla każdego, ale jest to jedna z tych książek, które na pewno warto przeczytać :) Jeśli będziesz mieć ochotę, daj jej szansę ;)
UsuńPrzyjemny i lekki styl to podstawa, przynajmniej jest to bardzo ważne i na pewno dobre :D Możliwe,że się skuszę :)
OdpowiedzUsuńPrzeczytaj kiedyś :)
UsuńSzkoda, że główny bohater Cię nie przekonał - ja, zupełnie szczerze, nie pamiętam jakie miałam co do niego odczucia. Książkę czytałam tuż po premierze, dawno temu :) Ale cieszę się, że Twoje spotkanie z Irvingiem jest jednak udane. I mam wielką nadzieję, że będziesz tę podróż kontynuować ("Świat według Garpa" będzie idealny na kolejny raz!). Tematyka LGBTQ często się u niego pojawia, więc myślę, że możesz śmiało sięgać :)
OdpowiedzUsuńTak właśnie myślałam, żeby na pewno przeczytać jeszcze "Świat według Garpa" bo zapowiada się bardzo ciekawie. :)
UsuńAkurat ta książka autora niekoniecznie mnie do siebie przekonała, odniosłam mieszane wrażenia.
OdpowiedzUsuńBookendorfina
Właściwie zaraz po przeczytaniu też miałam bardzo mieszane wrażenia i myślałam, że recenzja będzie gorsza — głównie ze względu na głównego bohatera, który jest jej niewątpliwym trzonem, a naprawdę mi się nie podobał. Jednak w trakcie pisania układałam sobie w głowie różne za i przeciw i ostatecznie uznałam, że jest niezła, po prostu perspektywa Billy'ego bardzo jej szkodzi ;)
UsuńNie słyszałam jeszcze o tej książce (kurczę, trzeba wystawić wreszcie nos zza fantastyki! ;) ) i zastanawiam się, czy przeczytać. Nie mam nic przeciwko LGBT, ale za to gorzej toleruję denerwujących lub mało emocjonalnych głównych bohaterów...
OdpowiedzUsuńNiedawno przeczytałam "Noc" Eliego Wiesela (Wiesla?) i miałam po tym podobne odczucia, jak Ty po tej książce. "Noc" dotyczy Holokaustu, ale poziom emocji jest niemal równy zeru, a emocjonalność głównego bohatera/autora zmieściłaby się w łyżeczce. Jedyne o czym myślał to jedzenie, a o ojcu przypominał sobie od czasu do czasu... Chociaż z drugiej strony, może taki był cel? Pokazanie, jak okrutne traktowanie skazało Żydów na odkrycie najmroczniejszych zakamarków ich duszy...? Ale pomimo tego wciąż sądzę, że piętnostoletni chłopak powinien przechodzić przez o wiele więcej emocji.
Czytałaś może? Jeśli tak, co o tym sądzisz? Poleciłabyś "W jednej osobie"?
Nie czytałam "Nocy" niestety. Ale może być rzeczywiście tak, jak piszesz. Ktokolwiek nie podejmie się tego tematu, musi zahaczyć o zezwierzęcenie. Chociaż wydaje mi się, że w przypadku, o jakim mówisz, jest gruba przesada. Może i wielu ludzi w takich warunkach traci swoje człowieczeństwo, ale ja wierzę, że jednak różnimy się od zwierząt na tyle, że zawsze coś z człowieka w nas zostanie. Poza tym nie każdy przejdzie przez coś takiego jako troglodyta.
UsuńDla mnie "W jednej osobie" było ciekawe i wydaje mi się, że warto przeczytać. Nie zmieniło mojego stosunku do mniejszości seksualnych ani niezbyt dała do myślenia, ale doceniam, że jest to literatura na miarę naszych czasów. Myślę, że nic nie stracisz, jeśli przeczytasz, ale czy coś zyskasz? Nie wiem. Na pewno trzeba docenić Irvinga za kunszt i umiejętność snucia opowieści, ale jeśli chodzi o wartości, jakie stara się przekazać, to jak na 2017 brzmią troszkę banalnie.