Czarownice kontra wampiry. „Carpe jugulum”.
Wiedźmy,
wampiry, potężna dawka humoru, akcji oraz ironii — tak można w dużym skrócie
opisać powieść Terry'ego Pratchetta zatytułowaną chwytliwie „Carpe Jugulum”.
Jedna z wielu opowieści osadzonych w słynnym uniwersum „Świata Dysku” jest
pierwszą, w której wampiry stanowią temat przewodni.
Terry Pratchett
to twórca, który zdążył już zająć stałe miejsce w kanonie powieści fantasy. Jak
to często bywa z autorami jego pokroju, jego czytelnicy dzielą się zazwyczaj na
dwa rodzaje: tych, którzy jego twórczość ubóstwiają, a także na tych, którzy
jej nie cierpią. Nie ulega jednak wątpliwości, że Świat Dysku, chociaż ma już swoje lata, wciąż cieszy się wielką
popularnością wśród miłośników fantastyki.

Kapłan Wielce
Oats przybywa do Lancre, aby poprowadzić obrzęd oraz wziąć udział w
uroczystości w pałacu króla. Na miejscu okazuje się, że część z
zaproszonych gości jest wampirami, żywiącymi niecne zamiary względem
mieszkańców Lancre. Gdy odkrywa to wraz z czarownicami — babcią Waterwax,
nianią Ogg, królową Magrat oraz Agness Nitt, w której umyśle mieszka jeszcze
jedna osoba, wspólnie postanawiają stawić im czoło i przegonić je z krainy.
Carpe jugulum to jedna, wielka satyra.
Na politykę, na dyplomację, a także, co niemniej ważne, na religię. To pozornie
tylko niepoważny utwór, napisany z przewrotnym poczuciem humoru i z uprzejmym
sarkazmem. Pratchett śmieje się również z folkloru, legend i różnych typowych
dla fantastyki rzeczy (w tym przypadku głównie z kulturowego obrazu wampira).
Nie jest to jednak śmiech szyderczy, a wybrzmiewający z czułością godną
miłośnika literatury fantasy, który nacieszywszy się wszystkim tym, co ów
gatunek oferuje, spogląda z dystansem na pewne występujące w nim zjawiska.
Nie brakuje też ironii w odniesieniu do rozmaitych elementów popkultury.
Chociaż czytając
Carpe jugulum można nieźle się
pośmiać, gdyż zawarty w nim humor potrafi rozłożyć na łopatki, nie jest to
jedynie niezobowiązująca komedia. W rzeczywistości za płaszczykiem groteski
i dowcipu kryje się coś więcej. A jest to refleksja o świecie i często ważnych
dla nas wszystkich zagadnieniach, takich jak wiara, moralność lub śmierć. Ośmielę
się stwierdzić, że w niektórych momentach książka Pratchetta jest wręcz
filozoficzna, ale w przystępny i lekki, nienarzucający się sposób. Bardzo
ważna, jeśli o to chodzi, będzie postać Śmierci, tutaj przedstawiona na bazie
występującej w naszych wyobrażeniach kostuchy, ale jednocześnie wykreowana na
całkiem sympatycznego gościa, który po prostu czyni swą powinność, przyczyniając
się do zachowania ładu i porządku na świecie oraz towarzyszącemu
odchodzącej duszy niczym opiekun pomagający jej przekroczyć granicę zaświatów. Co
ciekawe, nie ukazuje się jedynie umierającym. Czasami wchodzi w dialog
również z innymi bohaterami. Nie jest jak mi się wydaje żadnym duchem, lecz w
pełni rzeczywistym bytem, który może nieoczekiwanie pojawić się wśród nas w każdej
chwili a nawet się z nami porozumieć i coś przekazać. W dodatku
rozładowuje ciężkie wątki.
Chociaż może się
wydawać, że autor wyśmiewa cały gatunek fantasy, w rzeczywistości czerpie z
niego pełnymi garściami, budując ciekawy, nietuzinkowy świat i opowieść. Mimo
posługiwania się wręcz archetypicznymi wizerunkami i przedstawieniami, potrafi
stworzyć za ich pomocą coś z pewnością niebanalnego, a spójnego i wciąż
noszącego wszelkie znamiona fantastyki; te, które tak dobrze znamy i kochamy.
Dowcip i ironia zdają się doskonałym klejem dla poszczególnych cegiełek, z
których zostało zbudowane uniwersum Świata Dysku. Jak widać, można kreować
rzeczywistość literacką nie tylko za pomocą wyobrażania sobie miejsc, postaci,
relacji i reguł rządzących danym światem, lecz da się również uciec do zabiegów
czysto literackich i samego sposobu opowiadania o tworzonym przez nas świecie. Bardzo
podobną rzecz zrobili twórcy na przykład Deadpoola,
którzy z dystansem choć bez szyderstwa podeszli do cech charakterystycznych dla
kina superbohaterskiego, natomiast jeśli chodzi o rewir baśni i folkloru, można
tu wymienić przykładowo chociażby Shreka (chociaż
Pratchett, jak na mój gust, robi to o wiele lepiej, przynajmniej jeśli chodzi o
Carpe jugulum).
Książka
Pratchetta rozpieszcza tych czytelników, którzy lubują się w klasycznej
fantasy. Chociaż traktuje ją samą ironicznie, to jak już wcześniej wspomniałam,
jest to raczej przyjazne mrugnięcie okiem do odbiorcy niż próba
zdyskredytowania gatunku. Jeśli na chwilę odłożymy na bok humorystyczny aspekt
powieści zauważymy, że Świat Dysku jest dobrze i szczegółowo opisanym
uniwersum, zarazem podobnym do wielu innych wyobrażeń, jak i posiadającym dużo charakterystycznych
jedynie dla niego cech. Trzeba też zwrócić uwagę na to, jak na przykład autor
opisuje różne miejsca lub przyrodę Lancre i jego okolic — nie szczędzi
malowniczych opisów, zupełnie jak inne książki fantasy z ubiegłego wieku, ale
nie męczy nimi i nie rozpisuje się na dziesięć stron. Zamiast tego w kilku
krótkich akapitach, za pomocą opisów, oddaje doskonale klimat i specyfikę
miejsca, o którym mówi.
Muszę też
wspomnieć o bohaterach. Nie mam póki co jednego swojego ulubionego, ale wszyscy
wydają mi się bardzo ciekawi i dobrze zbudowani. Chociaż początkowo można
uznać, że zarówno Wielce Oats jak i czarownice oraz wampiry są dość mocno
przerysowani, tak naprawdę wcale nie działa to na niekorzyść powieści. Lekko
karykaturalne sportretowanie poszczególnych postaci bardzo harmonizuje z całą
konwencją powieści. Poza tym, dzięki temu wydają się one o wiele bardziej
barwne i interesujące, niż gdyby przedstawić je całkiem na serio. Z resztą,
dopiero później okazuje się, że ich charaktery są dużo bardziej pogłębione, niż
na początku mogliśmy się spodziewać, a ponieważ przesada i w tą stronę w
przypadku tej konkretnej powieści byłaby bardzo niewskazana, mamy tylko dość
zdawkowe sugestie, że ich zachowania to na przykład po prostu pewne maski,
jakie świadomie przybierają i nie zawsze to, jak same siebie kreują, znajduje
odzwierciedlenie w rzeczywistości.
Świetnie
prezentuje się babcia Waterwax, chociaż chyba głównie ze względu na to, że
motyw dziarskiej, wygadanej i silnej staruszki, która zawsze dostaje czego chce,
nigdy mi się nie znudzi. Poza tym jest to w rzeczywistości dobra i czuła
kobieta, chociaż czasami trudno to zauważyć. Mamy tu też bardzo wiarygodną
postać Oatsa, który w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że jego wiara nie
jest tak silna, jak powinna być, a Kościół, którego jest kapłanem, boryka się z
masą absurdów, gdy próbując tępić zabobony nie zauważa, że jednocześnie tworzy
i wierzy we własne. Spotkamy tu również Agnes, która zmaga się z wieloma
kompleksami oraz obecnością w swoim umyśle osoby będącej jej całkowitym
przeciwieństwem. Właściwie o każdej z tych person można wiele ciekawego
napisać. Z pewnością niejednego rozśmieszą niebieskie gnomy, które chociaż
maleńkie, nadrabiają siłą oraz wojowniczymi charakterami. Mimo, że nie
występują na pierwszym planie, za każdym razem potrafiły rozbawić mnie do łez.
Jeśli miałabym
się czegoś czepiać, to chyba tylko na wyrost musiałabym wspomnieć o tłumaczeniu
kwestii wypowiadanych przez Igora. Pratchett oddał w druku fakt, że sepleni i
niestety, po przetłumaczeniu tego na polski, w którym mamy ogromną ilość słów
zawierających głoski „świszczące”, takie jak „s”, „z”, „c” i tak dalej, bardzo
trudno się je czyta. Oczywiście, to też można zrozumieć jako świadomy zabieg,
który miał oddać sposób, w jaki Igora się słyszy, jednak wydaje mi się, że
sepleniącą osobę i tak dość łatwo zrozumieć, gdy się jej słucha, natomiast
próbujących to „udawać” liter już nie. Z drugiej strony ciężko winić tłumacza
za to, że nasz język jest jaki jest, a autor akurat miał kaprys uciec się do
takiego zabiegu.
Szczerze mówiąc,
mimo wszystko Carpe jugulum nie
zmieniło mojego życia ani nie sprawiło, że nagle zaczęłam kochać twórczość Terry'ego
Pratchetta i czytać ją całą na raz, jednak jestem dla niego pełna podziwu.
Książka jak najbardziej spełniła moje oczekiwania. Miło spędziłam czas na
czytaniu, wcale się przy okazji nie odmóżdżając. Może nie poruszyła mnie jakoś
mocno, ponieważ tematy, o których mówi, sama już wiele razy wałkowałam i
zdążyłam je przepracować na tyle, że udało mi się dojść do dość ugruntowanych
poglądów, a Pratchett nie zdołał przedstawić żadnego punktu widzenia, który
wcześniej nie byłby mi znany. Mimo to mogłabym ciekawie z nim polemizować na
niektórych płaszczyznach i to kolejna wartość tej książki. Poza tym ta powieść
spełnia wszelkie moje wyobrażenia na temat tego, jak powinna wyglądać porządna,
satysfakcjonująca proza fantastyczna i dobra literatura w ogóle. Z pewnością
jeszcze nie raz zajrzę do Świata Dysku. Jeśli macie ochotę pośmiać się przy
inteligentnej lekturze, to Carpe jugulum
polecam nie tylko miłośnikom fantastyki. Natomiast fanom dobrego fantasy mówię:
lektura obowiązkowa.
Isleen
Czytając recenzje wypisywalam na karteczce powody, dla których chciałabym przeczytać tę książkę: satyra, humor, ironia, ważne zagadnienia i kreacja śmierci (wypisuje bo bym zapomniała co chciałam napisać w komentarzu, taką mam pamięć:p).
OdpowiedzUsuńNie napiszę, że przeczytam tę książkę na dniach, ale nazwisko autora sobie zapamiętam.
Cieszę się, że udało mi się Ciebie zainteresować. Mam nadzieję, że spodoba Ci się książka, jeśli kiedyś zdecydujesz się ją przeczytać. :)
UsuńJak na razie odpuszczam sobie lekturę, jednak w przyszłości z przyjemnością sięgnę.
OdpowiedzUsuńW takim razie miłej lektury, jeśli kiedyś się zdecydujesz :)
Usuń"Świat Dysku" zmuszona byłam rozpoczynać od "Morta", czyli czwartej części, ale nie narzekam, bo serii nie zamierzam kontynuować, a "Mort" był naprawdę bardzo przyjemny, Pratchett ma świetne pióro ;)
OdpowiedzUsuńBuziaki!
BOOKBLOG
To prawda, czyta się go bardzo dobrze i przyjemnie :)
UsuńA czemu nie chcesz czytać dalej?
Świat dysku mam na swojej liście książek do przeczytania, ale kurde! Tym to mnie kobieto zainteresowałaś.
OdpowiedzUsuńTrzy moje ulubione elementy w ksiązkach to: wampiry, ironia, humor <3
Wszystko jest, więc na pewno przeczytam, mimo tych okropnych okładek xD
Pozdrawiam ciepło! :)
Kasia z Kasi recenzje książek :)
Super, mam nadzieję, że niedługo będzie można przeczytać Twoją opinię! :D
UsuńOkładka faktycznie rodem z estetycznie niechlubnych lat 90, ale właśnie wtedy książka została wydana, więc wybaczam. Z resztą dziś ma to jakiś tam swój urok :)
Książka na liście do przeczytania, trochę wstyd, że jeszcze się za nią nie zabrałam. Po Twojej recenzji natychmiast mam chęć sięgnąć po tę przygodę czytelniczą. :)
OdpowiedzUsuńBookendorfina
Cieszę się :) Życzę udanej lektury. A w Świecie Dysku jest w czym wybierać ;)
UsuńUwielbiam Pratchetta, a Ty jak zwykle ujęłaś w swojej opinii wszystko co naprawdę ważne! ;) Pratchett jest filozoficzny w swój subtelny, zawoalowany sposób i jest to wyjątkowo inteligentna rozrywka. Co prawda niektóre tomy są nieco słabsze, inne nieco lepsze, ale wszystkie przyprawiają o ból brzucha ze śmiechu. ;)
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że niedługo zapoznam się również z innymi :D
UsuńNie, nie, nie tym razem nie dla mnie :)
OdpowiedzUsuńSzkoda, ale nie wszystkim przecież taka książka musi pasować :)
UsuńSkoro to klasyk, wypadałoby przeczytać ;) Uwielbiam ironię, więc myślę, że mi się spodoba... Pod warunkiem, że nie ma jej przesady. Co za dużo, to niezdrowo!
OdpowiedzUsuńW każdym razie, dopisuję do stale powiększającej się listy ;D Bardzo zachęcająca recenzja, powodzenia w pisaniu następnych!
Wydaje mi się, że jeśli chodzi o ilość ironii, jest idealnie. Zdarza się nawet kilka fragmentów tak całkiem na serio. ;)
Usuń