Panie, takie rzeczy tylko w książkach! „Błękitna miłość”.
Decydując
się na całkowicie nieprzemyślany, wręcz eksperymentalny zakup czegoś
zatytułowanego „Błękitna miłość”, w dodatku widząc opis sugerujący mdłą
historyjkę miłosną dla młodzieży, sama się prosiłam o stratę czasu i pieniędzy
(może nie majątku, ale jednak). Ale nie ocenia się książki po okładce, gatunku,
opisie, który może kłamać, lub innych czynnikach. Zdarza się przecież, że dobre
powieści nie stają się bestsellerami tylko dlatego, że wydawca zrobił im
krzywdę. I chociaż trzeba mieć mnóstwo szczęścia, by trafić na coś takiego,
wierzę, że to możliwe. Czy było tak w przypadku „Błękitnej miłości” S.C.
Ransom?
Zacznijmy od
ciekawostki: niniejsza opowieść to prezent urodzinowy, jaki autorka sprawiła
swojej córce. W dodatku rozpoczyna całą trylogię. Książka to młodzieżowy romans
fantasy i opowiada o przygodach siedemnastoletniej Brytyjki, Alexy Walker.

Ani trochę nie
przesadzam. Fabuła przez większość książki wygląda mniej więcej tak, że Alexa
albo wzdycha do tego swojego Calluma, kiedy go przy niej nie ma, albo, jeśli są
razem, pitolą do siebie słodkie słówka o tym, jak bardzo się kochają. Nie muszę
więc chyba wyjaśniać, że ta najważniejsza dla książki relacja rozwija się
zdecydowanie za szybko i w sposób okropnie pretensjonalny. Nie mam nic przeciwko
kilku nierzucającym się w oczy takim zachowaniom w książce, bo przecież wszyscy
wiemy, jak zachowują się zakochani (a przynajmniej większość z nich), jednak
autorka z tym zdecydowanie przesadza. Jestem prawie pewna, że żaden związek,
zwłaszcza dwojga zupełnie nie znanych sobie wcześniej ludzi, nie zaczyna się od
fazy „kocham cię i zrobię dla ciebie wszystko”. Może i chcielibyśmy, żeby
tak było, ale niestety to, co zostało zawarte w powieści Ransom to piękna, choć
zdecydowanie zakłamana fikcja literacka. Mamy tu więc fabułę, która nie
przejawia krzty wiarygodności, nawet jak na powieść fantasy (chociaż właściwie dobra
fantastyka bywa bardziej przekonująca od książek nie należących do tego gatunku,
ale to już temat na inny artykuł); jak również przesłodzony do granic
możliwości wątek miłosny, który niestety stanowi główny filar tej historii.
Akcja toczy się
dość powolnie, a mimo to trzeba przyznać, że nudno nie jest, chociaż to zapewne
zasługa przystępnej formy i niewielkiej objętości powieści. Dopiero daleko za
jej połową coś zaczyna się dziać i muszę powiedzieć, że było to miłą odmianą.
Moment napięcia jednak kończy się równie szybko, jak się zaczął i wracamy do
punktu wyjścia, czyli irytujących ochów i achów. Wszystko rozwija się w sposób
przewidywalny a jedyne, co mnie zaskoczyło w tej powieści, to prędkość, z jaką Alexa
wpadła w objęcia Calluma — to tak słabe zagranie, że aż niespodziewane.
Myślę jednak, że
gdyby nie fakt, że autorka napisała tą historię bardzo zgrabnie, srodze bym się
z nią męczyła. Należy właśnie podkreślić, że mimo wielu wad, książkę czyta się
bardzo szybko i przyjemnie; tym przyjemniej, jeśli tak jak ja, przebrnęliście
właśnie przez dużo bardziej wymagającą prozę. Wtedy lekki i sympatyczny styl
Ransom wydaje się prawdziwym wybawieniem i gwarantuje odpoczynek w trakcie
lektury. W polskim przekładzie niewiele jest błędów, właściwie mogłabym nawet o
nich nie wspominać. W tym przypadku prostota stylu nie jest wadą, bo dobrze
wpływa na lekturę samą w sobie, ale też nie przyprawia o zgrzytanie zębami
jakimś prostactwem. Tak właśnie, moim zdaniem, powinno się pisać dla młodzieży.
Styl jednak nie
był w stanie uratować wszystkich innych elementów książki, które wypadają albo
słabo, albo po prostu przeciętnie. Początkowo powieść wydawała się mieć dosyć
dydaktyczny wydźwięk, ale zabrakło w tym konsekwencji, a zwłaszcza logiki —
oczywiście, że kiedy mamy siedemnaście lat, nie należy ufać chłopakowi, który
na pierwszej randce proponuje wakacje za granicą, bez żadnego opiekuna. Ale
najwyraźniej według autorki można zamiast tego zaufać jakiemuś nadprzyrodzonemu
widmu, które wzięło się z nie wiadomo skąd, które od razu wyznaje nam miłość
i ma przy tym trochę kultury osobistej. Gratuluję pomyślunku.
Przejdźmy w
końcu do postaci. Zacznę od głównej bohaterki a zarazem narratorki, Alexy.
Szczerze mówiąc, jeśli o nią chodzi, mam mieszane uczucia. Może nie jest
napisana źle, ale też nie rewelacyjnie. Początkowo wydawała mi się bardzo
rozważną i nad wiek odpowiedzialną osobą, jednak zaprzeczył temu ciąg wydarzeń
po jej zapoznaniu z Callumem. Może i jest mądrą, ułożoną dziewczyną, ale
zarazem tak okropnie, infantylnie naiwną, że dłoń sama podnosi się by uderzyć
z wymownym plaśnięciem o twarz. Rozumiem jej małe doświadczenie, jednak
czy zawsze musi ono warunkować łatwość, z jaką innym postaciom przychodzi
manipulowanie nią? Momentami też zdaje się reagować zbyt impulsywnie, co nie
pomaga w polubieniu jej, zwłaszcza gdy wiemy, że wystarczyło minimalnie ruszyć
instrumentem zwanym dumnie mózgiem, aby pewne sytuacje wyjaśnić, a innym
zapobiec. Alexa jest tak niewinna i naiwna, że zdziwiłam się, gdy
przyznała, że ma siedemnaście lat. Ja dawałam jej co najwyżej czternaście.
Poza tym, czy
nie sądzicie, że tworzenie postaci, które są nastoletnimi dziewczętami pod
schemat głupiutkiego, naiwnego dzieciaka, który myli estrogeny z mózgiem, jest
już zwyczajnie nudne i po prostu nadużywane? Rozumiem, że to dość proste, ale
czemu zawsze trzeba iść na łatwiznę? Rozumiem też, że autorka chciała wykreować
bohaterkę, z którą łatwiej będzie się utożsamić czytelniczkom, ale na miłość
boską, niby co w tej konkretnej budowie wartego uwagi? To po prostu tanie i
tyle. Nie rozumiem też, dlaczego właśnie takie bohaterki wyraźnie stawiane są
jako wzór. Nie wierzę, że spodoba się to jakiejś inteligentniejszej nastolatce
czy w ogóle komuś, kto jest zdolny do jakiejkolwiek refleksji. Alexa jest
konsekwentnie zbudowana, ale jedynie jeśli chodzi o robienie z niej średnio
rozgarniętego dziecka, któremu wystarczy powiedzieć kilka w miarę przekonująco
brzmiących słów, aby ci zaufało.
Co zaś można
powiedzieć o Callumie? Wcale nie wypada lepiej od Alexy, ale ze zgoła innego
powodu. Ta postać jest po prostu straszliwie nudna, przez co oceniam ją nawet
niżej, niż naprawdę średnio udaną główną bohaterkę. Callum jest idealnym
księciem z bajki. Brakuje mu tylko białego rumaka. Szlachetny, skromny i dobry.
Zero wad, zamiast nich głęboka i prawdziwa miłość do Alexy i to zaledwie po
kilku sekundach znajomości. Oczywiście są takie chwile, że na upartego można
powątpiewać , czy aby na pewno jest taki wspaniały, ale są one tak nieudolnie
zbudowane, że i tak wszystkiego na jego temat da się domyślić bez czytania
reszty książki. Autorka próbowała stworzyć go pełnym charyzmy i uroku, ale
zdecydowanie jej to nie wyszło. I raczej nie uwierzyłam Alexie, gdy
streszczając w pewny momencie jedną z ich rozmów stwierdziła, że Callum ma
powalające poczucie humoru, bo sama tego nigdzie nie zauważyłam (co może być
też winą tłumacza, choć wątpię). Może i miałam do czynienia z gorszymi
postaciami, takimi, które naprawdę działały mi na nerwy, ale chyba nigdy z aż
tak nudnymi i przewidywalnymi.
Z resztą,
podobnie jak robienie ze wszystkich książkowych nastolatek głuptasków, wkurza
mnie kreowanie takich właśnie „ideałów”. Niby czyim ideałem miałaby być tak
przewidywalna i nudnawa osoba, bez wyraźnie zarysowanego charakteru, jakichś
indywidualnych cech, taki robot zaprogramowany na spełnianie marzeń? Już kiedyś
zdaje się wspominałam, że to budowanie w głowach młodych dziewczyn fałszywego
obrazu mężczyzny i miłości. Dziwić się, że po zalewie rynku takimi bzdurami
rosną egoistki niezdolne zbudować zdrowej relacji, bo potrafią tylko brać
w przekonaniu, że wszystko im się należy. Za które normalne kobiety muszą
się wstydzić i płacić, bo mężczyźni zaczynają wierzyć, że wszystkie jesteśmy
takie same. Przez które te normalne muszą wysłuchiwać i czytać całą stertę
szajsu, rzekomo o sobie.
Wracając do
tematu, można jeszcze wspomnieć parę słów o wykreowanym przez Ransom świecie,
czy raczej wymiarze, czy jeszcze ściślej — społeczności. Callum to jeden z tak
zwanych żałobników, czyli ludzi uwięzionych w miejscu, które można porównać do
granicy życia i śmierci. Szczerze mówiąc, ta koncepcja może i prezentuje się
dość ciekawie, jednak rzeczywistości żałobników brak jakichś mocniejszych
filarów, bardziej sprecyzowanych zasad czy w ogóle specyfiki tego świata.
Dostajemy niewiele informacji na ten temat, również dlatego, że narratorką jest
Alexa, która nie ma do niego dostępu, ale też z tego powodu, że „duchy” same
niezbyt rozumieją, co się z nimi stało. Trudno coś więcej o tym powiedzieć.
Zapewne świat został lepiej rozwinięty w następnych częściach trylogii, których
z dość oczywistych względów raczej nie planuję czytać. Póki co, ten wątek ani
grzeje, ani ziębi, choć przez brak jakiegoś wytłumaczenia czyni powieść
bardziej wydumaną, niż wzbudzającą zainteresowanie.
Werdykt więc
jest dość jasny: Błękitna miłość to
naprawdę średnia, czy wręcz po prostu słaba młodzieżówka, która nie bez powodu
nie uzyskała większego rozgłosu. Zwyczajnie nie ma w niej nic oryginalnego czy
godnego uwagi. To lekka, niewymagająca powieść, którą czyta się przyjemnie, ale
ani nie zapada w pamięć, ani nie zachwyca, ani nic nie wnosi. Czyta się ją
z obojętnością i można to zrobić wyłącznie dla wyluzowania, choć i na to znam
lepsze sposoby. Jeśli macie kilkanaście lat i jesteście dziewczynami, być
może Wam się spodoba — wcale tego nie wykluczam — jednak mimo wszystko istnieje
tyle lepszych książek dla młodzieży, że wydaje mi się, że na tą konkretną
szkoda tracić czas. Jeśli zaś chodzi o starszych czytelników, raczej nie
mają czego w niej szukać, nawet, jeśli lubią młodzieżówki. Chyba nigdy nie
zetknęłam się z równie dennym romansidłem.
P.S. Nie,
okładka w żaden sposób nie odnosi się do treści książki. Nawet otoczenie nie
pasuje.
Isleen
A mialam się sugerować okładką ;D nie znam książki :D
OdpowiedzUsuńgrlfashion.blogspot.com
Też już nie raz się przejechałam na takiej książce. Wszystko ładnie, pięknie, a w końcu wychodziło na to, że otrzymałam przesłodzoną młodzieżówkę ;/ Okładka nawet niezła, więc nie dziwię Ci się, że zwróciłaś na nią uwagę, ale szkoda, ze z treścią wyszło tak jak zwykle. Oczywiście nie sięgnę po nią, co więcej, będę jeszcze bardziej unikać takich powieści.
OdpowiedzUsuńszczerze-o-ksiazkach.blogspot.com
Niestety nawet okładka na żywo wygląda dużo gorzej :(
UsuńTakie książki są według mnie zwyczajnie szkodliwe. Czyta to takie niedoświadczone młode dziewczę, że oh i ach i miłość i idealny chłopak i od razu się kochają,a potem każdy Tomek czy Rafał to dla niej "burak", bo nie pada do jej stóp. Może przesadzam, ale czy nie spotyka się takiej postawy "stać mnie na kogoś lepszego?".
OdpowiedzUsuńMyślę, że nie przesadzasz :( Rzeczywiście nieraz sama bywam świadkiem takich postaw. Chociaż jak się tak zastanowić, to działa w dwie strony. Chłopcom też wtłacza się różne głupoty o nas do głów. Potem dziwić się nieprzemyślanym zaślubinom i rozwodom po pięciu latach, bo przecież "nie tak miało być".
UsuńMyślałam nad nią, bo była na przecenie, jednak nie zdecydowałam się, ponieważ opis do mnie nie przemawiał. Wydaje mi się, że dobrze zrobiłam :)
OdpowiedzUsuńMam całą tą serię na telefonie w wersji e-book, ale jakoś tak za każdym razem ją odkładam :)
OdpowiedzUsuńMam tylko nadzieję, że mało czytelników sięgnie po taką książkę, byłaby wręcz szkodliwa dla prawdziwego wizerunku głębokiego uczucia.
OdpowiedzUsuńWrrr przeczytałam Twoją recenzję kilka dni temu, a dopiero teraz mam chwilę, żeby ją skomentować. Jak ja tego nie lubię!
OdpowiedzUsuńAle, przechodząc do rzeczy. Mignął mi komentarz Doroty o szkodliwości takich książek. Zgadzam się z nią w 100%. To harlequiny dla dziewcząt. Jak taka nastoletnia, nieznająca życia dziewczyna ma wtedy spojrzeć na normalnego chłopaka i nie wzdychać za jakimś wymarzonym, choć zupełnie nieosiągalnym ideałem? Taka literatura nie powinna powstawać! Wiem, że jestem radykalna, ale takie mam poglądy (zarówno co do harlequinów jak i książek typu "Błękitna miłość"). Stereotypowe spojrzenie na kwestie damsko-męskie to jedna z gorszych rzeczy, jakie mogą się przytrafić takiemu niedorostkowi.
Szkoda mi tylko Ciebie, że wydałaś na tego gniota pieniądze i jeszcze przeznaczyłaś na niego swój czas;)
Tak szczerze to wcale nie oczekiwałam czegoś dobrego, więc powiedzmy, że chociaż się nie rozczarowałam ;) Sama się właściwie podłożyłam, gołym okiem widać, jaka jest ta książka.
UsuńNo dobra, może i sama się podłożyłaś, ale i tak Ci współczuję - to musiało być koszmarne przeżycie :P
UsuńKochana Ty moja, nie myślałaś, żeby na głównej zawijać swoje wpisy? Bo muszę godzinę przewijać, żeby zobaczyć czy wszystko czytałam, utrudniasz mi z lekka życie xDD
OdpowiedzUsuńKurde, czytam na końcu, że okładka nie odnosi się w ogóle do treści, a własnie ten element mi się podobał xD
Nie no ale generalnie wszystko bardzo zachęca do tej ksiązki. Bezbarwni bohaterowie, miłostka wzięta z d...palca. Ja pieprze, kijem tego paskudztwa nie tknę xDD
Kasia z Kasi recenzje książek :)
XD Są pewne książki, które czytam, żebyście Wy już nie musieli ;D To jest jedna z nich.
UsuńA właśnie ostatnio myślałam nad tym i szukałam w opcjach gdzie można zawijać (jestem technologicznym głupkiem). Chyba odgadłam, ale muszę to jeszcze sprawdzić :) Dobrze, że sygnalizujesz taką potrzebę.
Bardzo Cię za to lubię <3 Kijem nie tknę, chociaż gdybym ją zauważyła za 5 zł, to i tak bym ja kupiła xD
UsuńKochana! Jak otwierasz sobie posta z wpisem (w panelu bloggera) to tam w narzędziach masz taką ikonkę - kartka przedarta na pół, to tam se klikasz i Ci odcina, pod tym odcięciem będzie zawinięte :D I już!
Kasia z Kasi recenzje książek :)
:D dzięki, pozawijane ;)
Usuń