„Zanim się pojawiłeś”, czyli nie tylko historia miłosna
„Zanim
się pojawiłeś” autorstwa Jojo Moyes nieustannie króluje na
listach bestsellerów, a ostatnio nawet doczekało się
ekranizacji. Chociaż zwykle niezbyt interesują mnie romanse, po
wielu dobrych opiniach oraz ponieważ książka przyciągała mnie do
siebie sama nie wiem czym już od dłuższego czasu, postanowiłam
zapoznać się z tym tytułem. Byłam ciekawa, co takiego jest w tej
historii miłosnej, że podbiła serca tylu czytelników.
Szczerze mówiąc, na kolejne ckliwe romansidło, na które szkoda
tracić czas wskazywało niemal wszystko: tytuł, sugestywna filmowa
okładka z Emilią Clarke i Samem Claflinem patrzącymi na siebie
maślanym wzrokiem, opis na rewersie okładki (muszę oduczyć się
czytania rewersów, bo już nieraz sporo sobie w ten sposób
zaspoilerowałam) oraz ogólne opinie na temat książki głoszące,
że to jednoznacznie romans. Muszę przyznać, że nie bez obaw
zabrałam ją z empikowej półki i podreptałam z nią do kasy.
Towarzyszyło mi też irracjonalne poczucie, że wyglądam trochę
jak kolejna dziewczyna lubująca się w słabych, przesłodzonych
historiach miłosnych — jestem trochę uprzedzona do tego gatunku,
pewnie na moją własną szkodę. A więc, czy „Zanim się
pojawiłeś” okazało się kolejnym gniotem wywołującym tęczowe
rzygi?
Zanim
się pojawiłeś pochłonęło
mnie prawie natychmiast. Trzeba przyznać, że książka naprawdę
wciąga i to już po kilku pierwszych stronach pierwszego rozdziału,
chociaż sam prolog jest napisany dość drętwo. Zdziwiłam się,
gdy po otworzeniu książki zobaczyłam drobny druk. Wiadomo
przecież, że wydawnictwa ostatnimi czasy chętnie pompują wydawane
książki wielkimi marginesami i interlinią na pół strony, aby
tylko nadać jej zachęcającą grubość (i mniej zachęcającą
cenę). W tym przypadku jednak starano się raczej zmieścić
wszystko w poręcznym formacie. Ale mimo że jest co czytać, idzie
to szybko, przyjemnie i nie zdążyłam się obejrzeć, a skończyłam.
Szczerze
mówiąc, naprawdę dobrze bawiłam się w czasie lektury. Fabuła
jest naprawdę niezła. Podobało mi się to, że dwoje naszych
bohaterów nie oberwało strzałą amora od razu, gdy tylko się
zobaczyli ani nawet — o dziwo — jeszcze przez długi czas.
Uczucie rozwija się tutaj w naturalnym, spokojnym, a wręcz w
powolnym tempie i raczej rodzi się z przywiązania, przyjaźni oraz
chęci dbania o siebie nawzajem. Można wręcz pomyśleć, że Zanim
się pojawiłeś
to raczej powieść obyczajowa, opowiadająca o zbliżaniu się do
siebie dwojga zupełnie odmiennych ludzi, a nie romans. To nadaje
powieści realizmu i byłam w stanie uwierzyć, że coś takiego
mogło zdarzyć się naprawdę.
Skoro
o tym mowa, realizm dużo daje tej książce i właściwie nie
odstępuje jej na krok. Dzięki temu historia Lou i Willa nie tylko
nie jest przesłodzona, ale wręcz niekiedy bardzo gorzka. Spotkamy
tu zarówno sytuacje naprawdę zabawne i rozczulające, jak również
wywołujące pewien dyskomfort, doprowadzające do łez i dające
odczuć swoją gęstość nawet tym, którzy tylko o nich czytają.
Moyes zręcznie manipuluje emocjami czytelników, to trzeba jej
przyznać.
Bardzo
podobał mi się sposób, w jaki autorka przedstawiła miłość.
Tutaj to coś czystego, prawdziwego, platonicznego. Moyes nie
ogranicza się do cielesnego pożądania i nie tworzy idealnych
kochanków. Postacie uczą się kochać inną osobę taką, jaką
jest. Poza tym w Zanim
się pojawiłeś
miłość nie sprowadza się jedynie do uczucia między kobietą a
mężczyzną. Wygląda tak pięknie przynajmniej ze strony Lou, bo
jeśli chodzi o Willa, mam wątpliwości, czy rzeczywiście ją
odwzajemniał.
Tym,
co wyszło jej najlepiej jest zdecydowanie postać Louisy. Lou jest
niesamowicie naturalna, a zarazem przesympatyczna, wcale nie
bezmózga (choć trochę niezdarna), zdecydowana i zaskakująco
zaradna, a jednak i ona ma wiele chwili słabości i nieraz
potrzebuje pomocy. To postać, która potrafi wywołać uśmiech na
twarzy i którą niemal natychmiast darzy się sympatią. Nie
spodziewałam się, że tak łatwo przyjdzie mi się z nią
utożsamić. Rozumiałam ją doskonale, tak jak każdą podjętą
przez nią decyzję. W dodatku Moyes tak opisuje wydarzenia
rozgrywające się w Zanim
się pojawiłeś, że
przeżywałam wszystko wraz z Lou, wręcz zarażała mnie jej
emocjami, przynajmniej w jakimś ułamku. Sprawiało to, że
praktycznie żyłam jej życiem w czasie lektury. W dodatku Lou
jest osobą bardzo charakterystyczną i nietuzinkową, a co
najlepsze, niesamowicie rozwija się w czasie trwania powieści i
dojrzewa.
Jeśli
zaś chodzi o Willa, to tak naprawdę nie mam pojęcia, co o nim
myśleć. Wiem tylko tyle, że nie umiem go nie lubić, chociaż
chciałabym. I to nie jako postać, bo pod względem budowy nie budzi
moich zastrzeżeń, ale jako potencjalnie żywą osobę. Muszę
zwrócić uwagę na to, że Moyes tworzy go lekko niedookreślonym,
ale nie wynika to z tego, że nie poradziła sobie z tego typu
postacią, lecz był to, jak sądzę, w pełni świadomy zabieg.
Willa poznajemy jako człowieka po prostu nieznośnego. To z początku
cyniczny, arogancki dupek,
nie liczący się z nikim i najwyraźniej twierdzący, że to on i
jego tragedia są na tym świecie najważniejsi. Szybko jednak
okazuje się, że to po części tylko pozory i gdzieś tam głęboko
skrywa wrażliwego, troskliwego i strasznie poranionego mężczyznę.
Niby to dość banalne, jednak ponieważ narracja prowadzona jest
przez Lou i sporadycznie innych bohaterów, autorka rzadko przybliża
nam dokładnie, co tak naprawdę dzieje się w jego głowie. Przez to
dość trudno go rozgryźć, sama wciąż próbuję. Poza tym, wydaje
mi się, że chociaż ma swoją cieplejszą stronę, do samego końca
powieści pozostał po prostu nieempatyczną i zapatrzoną w siebie
osobą. Moyes najwyraźniej chciała, aby był tajemniczy
i nieprzenikniony i to się udało. Przez to Will jest bardzo
nieprzewidywalny.
Nie
umiem nie czuć do niego sympatii po części dlatego, że tak jak
Lou, przywiązałam się do niego, a po części dlatego, że bywał
naprawdę inteligentnie zabawny i uwielbiałam jego sarkazm.
I chociaż momentami okropnie potrafił wkurzyć swoim
zachowaniem, innym razem miał wspaniały wpływ na Louisę i to
dzięki niemu tak rozkwitła jako postać. Nie zmienia to jednak
faktu, że w wielu chwilach to jej współczułam bardziej niż
jemu, biednemu paralitykowi.
Chętnie
przeczytałabym całą tą historię z jego punktu widzenia, jednak
rozumiem, dlaczego autorka tak zamknęła przed czytelnikami jego
umysł. Dzięki temu, ponieważ wiele zależy w powieści właśnie
od Willa, nie traci ona zwrotów akcji i najważniejszych punktów
zaskoczenia. Nigdy nie wiadomo co powie i jaką podejmie decyzję.
Poza tym zapewne obawiała się, że opisy oczami Willa byłyby zbyt
przytłaczające, gdyż musiałoby je wypełniać wiele cierpienia.
Ale i tak z ciekawością przeczytałabym coś z jego perspektywy.
W
powieści pojawia się też wiele innych postaci, a wszystkie są
wyraziste i barwne. Niektóre z nich bardzo się lubi, inne denerwują
tylko trochę mniej, niż Will, ale wszystkie są w miarę dobrze
zbudowane. Autorka świetnie oddała zarówno charaktery Louisy i
Willa, jak i pozostałych bohaterów. Z nich wszystkich jedynie
Patrick wydawał mi się mdły i przerysowany.
Dodatkowym
plusem Zanim
się pojawiłeś jest
to, że porusza pewne poważne i dość drażliwe, sporne kwestie,
dziś bardzo aktualne. I nie chodzi jedynie o niepełnosprawność.
Do tej pory nie mam pewności, jakie stanowisko wobec nich zajęła
autorka, o ile w ogóle próbowała to zrobić. Książka niesie też
pewne przesłanie.
I
wszystko byłoby pięknie i cudownie, gdyby nie jedno bardzo duże
ALE.
A
mianowicie, chodzi mi o zakończenie. Zakończenie, które tak mnie
rozczarowało, że ze wściekłości miałam ochotę rzucić książką
o ścianę. Jest ono tak nieadekwatne i bezsensowne, że niszczy całe
to pozytywne wrażenie, o którym rozpisywałam się powyżej. Poza
jasno postawioną przez autorkę puentą mówiącą, że trzeba brać
z życia całymi garściami, bo nie wiadomo, co stanie się
następnego dnia, wyczuwam pewien gorzki podtekst. W tym zestawieniu
sprawia to, że całe przesłanie jest, przynajmniej dla mnie, guzik
warte. Poza tym autorka nie uargumentowała dość dobrze, dlaczego
powieść miałaby się skończyć właśnie w ten sposób, a
tłumaczenie Willa, dlaczego podjął taką, a nie inną decyzję
wydaje mi się po prostu naciągane.
Czy
obejrzę ekranizację? Pewnie tak, ale nie od razu. Trochę boję
się, jak to zrobili i jakoś nie mam ochoty jeszcze raz przeżywać
tego rozczarowania na końcu. Ale wkrótce pewnie to zrobię i na
pewno zaleję się łzami, oby tylko tymi świadczącymi o wzruszeniu
a nie marności filmu. Podsumowując jednak, Zanim
się pojawiłeś
to naprawdę dobra książka, która na długo zostanie w mojej
pamięci (niestety również przez to, jak się na nią wkurzyłam).
To inspirująca historia ze świetną, główną bohaterką,
wzbudzająca przeróżne emocje. Można pomyśleć, że to coś
podobnego do filmu Nietykalni
i
coś w tym jest, ale raczej nie próbowałabym ze sobą porównywać
tych dwóch dzieł. Kiedy zbliżałam się do końca sięgałam po
nią z pewną obawą, że zaraz ją skończę i dostanę książkowego
kaca. No i dostałam, próbuję go leczyć Wiedźminem.
A
jak Wam się podobała? Też tak bardzo polubiliście Lou i
wściekliście się na końcu, czy zupełnie na odwrót? Piszcie w
komentarzach!
Isleen
Jeszcze nie czytałam. Zachecilas mnie tym, że miłość tutaj rozwija się stopniowo, bo naprawdę tych buchajacych feromonów ostatnio miałam aż za dużo. Trochę obawiam się tej historii, bo wiem, jak się skończy, i nie jestem przez to chętna do czytania.
OdpowiedzUsuńWarto przeczytać nawet mimo to :)
UsuńDługo broniłam się przed tą książką i bardzo drażniła mnie wszechobecna jej reklama, ale w końcu po nią sięgnęłam i zarwałam nad nią nockę :) Niedawno wyszła druga część - "Kiedy odszedłeś" opisująca dalsze losy Lou i całkiem nieźle mi się ją czytało.
OdpowiedzUsuńNie wiedziałam, że jest druga część. Szczerze mówiąc trudno mi ją sobie wyobrazić i wydaje mi się, że nie potrzebuje kontynuacji, mimo otwartego zakończenia, ale napewno przeczytam jak dorwę :D
UsuńA mi książka niestety nie przypadła do gustu.
OdpowiedzUsuńZnienawidziłam głównych bohaterów już na starcie i zostali przeze mnie skreśleni.
Łez nie było, wszystko przewidywalnie i wypadła u mnie słabiutko.
Jednak mimo wszystko mam do niej sentyment.
Wiesz co, czasami jak mi się spodoba jakaś historia miłosna to zastanawiam się czy to nie dlatego, że mam z nimi małe doświadczenie ;) Ale naprawdę próbowałam szukać słabych punktów tej powieści i słabo mi szło.
UsuńJestem ciekawa czy i mnie tak wkurzy :D
OdpowiedzUsuńKoniecznie daj znać ;)
UsuńJeszcze nie czytana :( w bibliotece rezerwacja do... 2017 roku :D
OdpowiedzUsuńŻe jak, w bibliotece będzie dostępna od 2017, dobrze rozumiem? :O
UsuńCzemu mam wrażenie, że autorka w jakiś sposób zainspirowała się historią (a także ogromnym sukcesem) podjętą w filmie "Nietykalni" (2011), który z kolei zainspirowały wątki z książki Philippe Pozzo di Borgo "Drugi oddech"? Opiekun i jego inwalida nawiązują relację. Różnica jest taka, że o ile "Zanim się pojawiłeś" jest romansem "Drugi oddech" to ... no właśnie. Dramat obyczajowy z elementami komedii? Polecam Twojej uwadze, zarówno film jak i książkę :)
OdpowiedzUsuńMyślę, że bardzo możliwe, że autorka zainspirowała się właśnie tym, ale chyba tylko po części. Zanim się pojawiłeś i Nietykalni są podobne, fakt, ale jednak nie takie same, chyba przekazują trochę co innego. Dzięki za polecenie, na pewno się zapoznam :)
UsuńGdy zobaczyłam u siebie na bloggerze, że ktoś znów zrecenzował tę książkę (w tym przypadku to byłaś ty), pomyślałam sobie "O nie, znowu. Kolejna super-pozytywna recenzja". Myślałam, że znów poczuję się jak jakaś dziwna, bo mi ta książka nie do końca się spodobała. Mam DOKŁADNIE to samo zdanie co Ty. Powieść świetna, życiowa, wciągajaca, przezabawna, ale zakończenie... Porażka. Mimo, że już następnego dnia zabrałam się za inną książkę, myślami byłam nadal z "Zanim się pojawiłeś". Na film chciałam iść nawet do kina, ale nawet teraz, gdzieś z 2 miesiace chyba po jej przeczytaniu nie czuję się gotowa by go zobaczyć. Kontynuacji nie mam zamiaru czytać. Dobrze wiedzieć, że nie tylko mi coś nie pasowało w tej książce <3
OdpowiedzUsuńszczerze-o-ksiazkach.blogspot.com
A już myślałam, że tylko mi zakończenie nie pasowało :D
UsuńMam chęć na film, jednak najpierw powinnam przeczytać książkę, dlatego mam na liście. Ciekawa jestem, czy będę miała podobne odczucia. :)
OdpowiedzUsuńSłyszałam już od znajomych, że filmem nie ma się co ekscytować, delikatnie mówiąc. Jakoś sama nie mam na niego ostatnio ochoty, jeśli mam być szczera :) Ale mam nadzieję, że książka Cię nie rozczaruje.
Usuń