„Zbuntowana” aż do przesady
Do przeczytania tego
tomu musiałam podchodzić dwukrotnie. Po części dlatego, że miałam go w wersji
elektronicznej, która jest dla mnie bardzo niewygodna w użyciu. Ale też
dlatego, że w pewnym momencie, gdzieś w środku, za bardzo mnie zmęczyła i
musiałam sięgnąć po coś innego. A naprawdę bardzo rzadko mi się zdarza zarzucić
rozpoczętą lekturę, obojętnie jak słaba by była. Dlaczego tak stało się tym
razem?
To nie tak, że Zbuntowana jest nudna. Wręcz przeciwnie.
Akcja pędzi i wciąż coś się dzieje. Mamy tu wiele zaskakujących zwrotów akcji.
To jedna z najbardziej „dynamicznych” fabuł, z jakimi miałam do czynienia w
literaturze. Roth nie skupia się na zbędnych opisach, tylko daje nam akcję
rozwijającą się z zawrotną prędkością. I może między innymi dlatego wymiękłam.
W Zbuntowanej dzieje się tyle, że w
końcu zaczyna być trochę za bardzo chaotyczna. W którymś punkcie złapałam
„zadyszkę”, próbując nadążyć. Miałam ochotę powiedzieć: Hej, zwolnij trochę, co się tu właściwie dzieje? Trochę za dużo
wszystkiego naraz. Muszę odpocząć. I tak zrobiłam.
Może po prostu jestem za bardzo
przyzwyczajona do książek, w których akcja rozwija się wolniej? Nie wiem. Po
prostu z jakiegoś powodu Zbuntowana przestała
mnie wciągać, chociaż została wyraźnie napisana tak, aby pochłonąć czytelnika
od razu i w całości. Mimo rozbudowanej fabuły ta część Niezgodnej nie wciągnęła mnie zbyt mocno. Nie pytajcie, czemu. Sama
się nad tym zastanawiam.
Bardzo możliwe, że to z powodu
głównej bohaterki. Jak wiecie z poprzedniej recenzji, nie przepadam za Tris. No
dobra, nie będę owijać w bawełnę: nie cierpię jej bardziej niż Katniss, Zoey
Redbird, Leliany i Valeny z Dragon Age
czy Jar Jara Binksa razem wziętych. A w tym tomie panna Prior dała mocno
popalić moim nerwom. Tutaj to jeszcze większy dzieciak o niewyparzonym pyszczku
i wodą zamiast mózgu niż w pierwszym tomie. Zachowuje się totalnie bez
sensu, co wkurza okrutnie nie tylko mnie, ale też pozostałe postacie — widocznie
tak miało być. Tris bowiem dostała jakiegoś bzika, bo przecież biedactwo ma
teraz skrzywioną psychikę przez to, że bezmyślnie zabiła przyjaciela. No dobra,
wiem, że w sytuacjach stresu robi się głupoty (właściwie powinnam to wiedzieć
bardzo dobrze, przecież sama tak mam). I nie winię Tris za to, co zrobiła w
poprzednim tomie, a co bardzo odbija się w jej zachowaniu w Zbuntowanej. Rozumiem, przez co
przechodzi. A przynajmniej rozumiem, że nieźle psychicznie oberwała — byłabym zbyt
arogancka twierdząc, że umiem całkowicie wczuć się w jej sytuację, chociaż sama
takiej nie przeżyłam. W każdym razie, o ile współczuję jej, to bardziej
denerwuje mnie jej brak choćby minimum racjonalnego osądu. I chociaż wiem, że
przechodzi ciężkie chwile, jej maniakalne pchanie się w niebezpieczeństwo, bez
żadnego planu i celu, wydaje mi się bardzo na wyrost. Tym bardziej, że kiedy
już przekonała się, że nie zawsze umie trzeźwo ocenić sytuację, powinna raczej
trzymać się z dala od ryzyka wiedząc, że łatwo może kogoś skrzywdzić. To wydawałoby
mi się o wiele bardziej prawdziwsze i uzasadnione niż to, jak zaprezentowano
nam ją w Zbuntowanej. Chociaż
przeżyła coś, co teoretycznie powinno nauczyć ją pokory, ma jej jeszcze mniej
niż w pierwszej części, a właściwie to wcale jej nie ma.
Tris wciąż powtarza, że coś ją
pcha ku śmierci, dlatego zachowuje się jak kamikaze. A ja się pytam: to
dlaczego od razu się nie zabijesz, zamiast jeszcze komplikować plany tym,
którzy rzeczywiście mogą coś zrobić? (Niech mi Bóg wybaczy). Rozumiecie, o co mi
chodzi? O ten cały, grubymi nićmi szyty stres pourazowy, który nawet nie trzyma
się za bardzo rzeczywistych objawów tej choroby i tą o wiele za mocno
przesadzoną martyrologię. Prawda jest taka, że śmierć Tris nie przyniosłaby
Nieustraszonym nic: nie stałaby się męczennicą i w ogóle by im nie pomogła. To
tylko ześwirowana, samolubna nastolatka, która uważa się za nie wiadomo kogo. Zbyt
stereotypowa na to, żeby rzeczywiście jakiś nastoletni, zdrowy na umyśle
czytelnik mógł się z nią utożsamiać.
(Ale co ja tam wiem. Nie bierzcie powyższego na poważnie.
Spójrzmy prawdzie w oczy: młodzieży to się podoba, inaczej nie nakręciliby
filmu. A publiczność to najlepsze jury.)
Znów
naszą bohaterkę na głowę bije Cztery. Tym razem autorka o wiele bardziej go
rozwinęła. Chociaż opowieść toczy się oczami Tris, widać miotające nim emocje i
jego walkę z przeszłością i strachem. Niektórzy mogą sądzić, że za bardzo
robi z niego skrzywdzonego chłopca. A moim zdaniem to tylko sprawia, że
wydaje się jeszcze bardziej autentyczny. Poza tym, ani razu nie zdarzyło się,
żeby Cztery rzeczywiście zachowywał się jak beksa. Z resztą w Zbuntowanej musi zmierzyć się z wieloma
swoimi demonami i Veronica Roth świetnie, moim zdaniem, ukazuje jego próbę
przepracowania tego wszystkiego. Podoba mi się też to, że potrafi nagadać Tris,
kiedy potrzeba i że stara się być dla niej podporą, ale też kimś, kto myśli za
nią, kiedy ona nie potrafi. I chociaż za swoją szczerość wobec niej często
obrywa, wciąż ją kocha, a wszelkie stawiane jej ultimata czy mówienie gorzkiej
prawdy wynikają tylko z jego troski. To on twardo stąpa po ziemi w tym zespole
i pilnuje, aby Tris nie stała się bezmózgą Nieustraszoną do reszty. Nasza
bohaterka zazwyczaj tego nie rozumie (kim on jest, żeby ją upominać, phi!) i
robi mu kosmiczną awanturę, na jaką nie zasługuje. I za to też jej nie
lubię.
Nieuchronnie przechodzimy więc
do wątku miłosnego. Szczerze mówiąc, mógłby być lepszy. Naprawdę mógłby. Cztery
i Tris kłócą się o najdrobniejsze sprawy jak wyrośnięte dzieci... którymi
przecież są. Więc nie oceniam. O ile ich relacja jest dziwna, pokręcona i
dziecinna, o tyle niestety wydaje mi się autentyczna. Poza tym, na tym etapie
Tris nie umie ze swojej strony zbudować lepszej. Dlatego się nie czepiam.
Przynajmniej tutaj Roth jest w miarę konsekwentna.
Jeśli chodzi o realność
uniwersum — cóż, konsekwentnie trzyma się wyznaczonych praw i granic. Może
i, tak jak już wcześniej zauważyłam, jest naciągane, ale dokładnie
skonstruowane i tu wciąż to widać. Możemy też poznać bliżej pozostałe frakcje,
takie jak Serdeczność, Prawość i Erudycja. Szkoda tylko, że system został
zniszczony zanim jeszcze czytelnik jest w stanie dokładnie go zgłębić i
zrozumieć. Ale pewnie nie wszyscy chcą o tym czytać. Trochę nie pasuje mi to,
że często powierza się najważniejsze decyzje, mające zaważyć na losach tego
małego świata nastolatkom. Naprawdę nie ma tam nikogo starszego, bardziej
doświadczonego, mądrzejszego? Przecież nie od dziś wiadomo, że nawet w naszym
świecie dowód osobisty nie oznacza dorosłości i samodzielności. Ale to powieść
właśnie dla młodzieży i podejrzewam, że to sposób ukłonu w jej stronę.
Wracając do fabuły: to prawda,
zmęczyła mnie w pewnym momencie swoją chaotycznością, postacią Tris i tym
rodzajem wątku miłosnego, który mnie osobiście denerwuje. Ale kiedy zebrałam
siły i ponownie zasiadłam do lektury, po tym najgorszym momencie było tylko
lepiej. Powieść w końcu zaczęła naprawdę wciągać i miałam trudności, żeby
się od niej oderwać. A koniec naprawdę mnie zaskoczył i postawił masę pytań. I
to naprawdę mi się podobało.
Jednak muszę przyznać, że Zbuntowana to zdecydowanie najsłabsza
część trylogii Niezgodna. Veronica
Roth wiele robi w niej na siłę, dla efektu i fajerwerków, chociaż nie zawsze
akurat tego trzeba tej książce. Niemniej, powieść potrafi wciągać, a jeszcze
bardziej zaskakiwać. Pewnie to tylko ja na całym świecie miałam problem z
tempem akcji (dziwny ze mnie stwór), które dla wielu osób, zwłaszcza tych,
które na co dzień nie czytają, może być atrakcyjne. Jednak, podobnie jak
poprzednia część, to powieść z pewnością wyłącznie dla nastolatków — kogoś
starszego zapewne będzie trochę wkurzać. Ale jeśli macie ochotę na ciekawy
świat i intrygującą (w miarę) fabułę, jak najbardziej można po nią sięgnąć.
Isleen
Komentarze
Prześlij komentarz
Będzie mi bardzo miło, jeśli wyrazisz swoje zdanie. :) Każdy komentarz satysfakcjonuje.
Pamiętaj jednak, że natychmiast usuwam spam i wszelkie wypowiedzi naruszające zasady netykiety.