„Z każdego dołka można wyjść” czyli „Siedem rzeczy, których nie wiecie o facetach”
Zazwyczaj
nowe, polskie, mainstreamowe filmy mi się nie podobają. A zwłaszcza komedie. Wszędzie
ta sama obsada, zżynanie tego, co w Stanach Zjednoczonych było modne
dwadzieścia lat temu, beznadziejny operator kamery (bo co kto lepszy u nas woli
robić karierę przy takich produkcjach, jak choćby „Piraci z Karaibów”, a nie w
jakimś tam podrzędnym, środkowoeuropejskim kinie) suche poczucie humoru i wciąż
od nowa wałkowana, przewidywalna fabuła. Ale na „Siedem rzeczy, których nie
wiecie o facetach” przyciągnął mnie... tytuł. Nie zalatywało kolejną, debilną
komedią romantyczną, a obiecywało coś nowego, jakieś nowe spojrzenie, nowy typ
historii.

Mamy tu historię kilku mężczyzn,
żyjących w zupełnie różnych światach: byłego żołnierza pracującego teraz jako
kierowca miejskiego autobusu; urzędnika państwowego zmagającego się z przytłaczającą
samotnością; tak samo samotnego producenta muzycznego, dalekiego od życiowej
stabilizacji; lekko szurniętego gwiazdora muzyki pop; życiowego nieudacznika,
który nieoczekiwanie traci pracę, a którego marzeniem jest prowadzenie własnego
biznesu oraz kolesia, który ma wszystko — dobrze płatną posadę, piękną
narzeczoną, powodzenie i uznanie w środowisku. Perypetia tych
wszystkich bohaterów skupiają się w głównej mierze na ich życiu miłosnym oraz
jego wpływie na ich egzystencję i pracę. Pod osłoną sympatycznej komedii
obyczajowej film przedstawia nam prawdziwe ludzkie dramaty, zarówno te widoczne
dla wszystkich jak i skrywane w szufladzie ze skarpetkami. Wszystkie te wątki
przeplatają się ze sobą, często jeden z nich ma wpływ na inne.
Siedem rzeczy, których nie wiecie o facetach czerpie z konwencji komedii
romantycznych i wydobywa z nich to, co najlepsze. Tych osobiście też nie
lubię, ale ten film przyjmuje jej ramy w taki sposób, że tworzy za ich pomocą
coś dość oryginalnego i pomysłowego, a nie po raz kolejny powtarza utarte
schematy. Najciekawsze jest chyba to, że czerpie sposób opowiadania o kobietach
i przenosi to na grunt męski — też nie raz tworzy się filmy opowiadające
historie wielu kobiet, a w Siedmiu
rzeczach nawet nasi bohaterowie mają własną wersję wianuszków wsparcia. Jest
to dość zabawne, ale uświadamiające damskiej części publiczności, że przecież
mężczyźni nie pochodzą z innej planety i mogą odczuwać podobne potrzeby,
czego kobiety czasem nie zauważają. Jednocześnie nie deprecjonuje się ich
tutaj. Pokazuje się je widziane męskim okiem i w większości przypadków jest to
obraz bardziej obiektywny niż zdemonizowany. Albo czasami nawet całkiem
pochlebny.
Ale nie tylko partnerki głównych
bohaterów mają wady — oni sami również. Czasami to cała góra wad. Zdarza się
postępować źle i niesprawiedliwie wobec partnera zarówno damskiej, jak i męskiej
stronie. Nie chodzi przecież o to, by kogoś krytykować, ale żeby oddać realizm
ludzkiej, niedoskonałej natury. Najlepsze w tym jest to, że wszyscy bohaterowie
uczą się czegoś, w ten czy inny sposób.
Postacie to jedne z
najmocniejszych aspektów Siedmiu rzeczy,
których nie wiecie o facetach. Są bardzo naturalne i bliskie widzom. Mają
swoje problemy i słabości, wciąż dopiero przepracowują i dochodzą do wielu
rzeczy, nie wychodzi im mimo starań lub mają tyle szczęścia, że udaje im się
osiągnąć sukces. Mają też zalety i atuty, które uczą się wykorzystywać lub już
świetnie sobie dzięki nim radzą. Szukają swojego miejsca na świecie, pragną
bezpieczeństwa, bliskości i akceptacji. Posiadają też ambitne cele i marzenia
lub nie do końca jeszcze są przekonani, czego od świata oczekują. Bohaterowie
są różnorodni i barwni, pochodzą z różnych „klas społecznych”, nierzadko irytują
nas lub wzbudzają w nas podziw, ale to nikt inny, jak portrety nas samych.
Fabuła również nie zawodzi. Oczywiście,
czasem zdarzają się rzeczy dość przewidywalne, ale częściej dzieje się coś,
czego kompletnie się nie spodziewałam. Chociaż wszystko konsekwentnie trzyma
się ram komedii obyczajowej, nie brakuje scen chwytających za serce i
wzruszających oraz pełnych napięcia, a czasem nawet grozy. Kiedy jednak
atmosfera zaczyna robić się zbyt ciężka, wkracza humor i optymizm, który ją
rozładowuje. Może to trochę naiwne, ale każda komedia musi taka być do pewnego
stopnia. W Siedmiu rzeczach moim
zdaniem zachowano świetny balans. Kiedy miało być poważnie, było śmiertelnie
poważnie, ale nie próbowano zrobić z komedii dramatu. Twórcy naprawdę dobrze to
wyważyli.
Siedem rzeczy, których nie wiecie o facetach to bardzo mądry i
pouczający, chociaż lekki film. Twórcom udało się przemycić wiele sentencji i
wartości, które może są tak powszechnie znane, że coraz rzadziej zauważane i
pożądane, ale wciąż ważne. Jednocześnie nie ma w tym wielkiego moralizowania. W
rzeczywistości przedstawione nam historie nie wymagają od scenopisarza jakiegoś
geniuszu czy kunsztu. Są proste, ale tak podane, że potrafią wzruszać i bawić.
Ale cechuje je przede wszystkim duża autentyczność, ukryta właśnie w tej
prostocie. To problemy bliskie wszystkim ludziom, ale to nie oznacza, że nie
mogą dać początku ciekawym opowieściom. Film jednak jest bardzo optymistyczny,
ciepły i podnoszący na duchu. Z seansu wychodzi się po prostu z uśmiechem na
twarzy, lekkością duszy i ciepłem na sercu.
Muszę też zwrócić uwagę na
czysto techniczny aspekt, czyli na zdjęcia. Kadry są bardzo estetyczne i
fotograficzne, zrobione na zachodnią modłę. To też mi się podobało. Dzięki nim
film ogląda się przyjemniej niż starsze polskie produkcje, przynajmniej w moim
odczuciu, popsutym zachodnią kinematografią. Jak to w polskich komediach bywa,
jako soundtrack wykorzystano polskie piosenki, ale na szczęście były to te,
które lubię (a jeśli chodzi o polski pop, słucham go naprawdę rzadko) zwłaszcza
Kiedy tylko spojrzę Sylwii
Grzeszczak, które doskonale wpisywało się w akcję i podkreślało dramatyzm
scen.
Siedem rzeczy, których nie wiecie o facetach podobało mi się
bardziej nawet, niż Listy do M.,
które też uważam za dobry film. Chociaż może nie powinnam ich ze sobą porównywać.
W każdym razie ten drugi nie wywoływał we mnie tak silnych reakcji. Od kiedy
wyszłam z sali kinowej, nie mogę przestać o nim rozmyślać, chociaż wydawałoby
się, że jest lekki i prosty. Wywołał we mnie dwa przemyślenia, mianowicie:
— Dlaczego komedie, w których
główną bohaterką jest kobieta, są tak często naiwne, puste i nawet się ich
nie pamięta po obejrzeniu, traktują widza jak idiotę, a film z perspektywy
męskiej robi się tak, że przekazuje coś naprawdę wartościowego? To nie żaden
najazd na Siedem rzeczy czy
generalizacja. Nie chcę też obrażać tych, którzy polskie komedie romantyczne i
obyczajowe lubią. Po prostu wynika to z moich obserwacji. Zazwyczaj
mainstreamowego kina o kobietach ja przynajmniej po prostu nie potrafię oglądać
bez politowania i złego dystansu, podczas gdy film o facetach bardzo często
jest po prostu dobry. No dobra, może i Siedem
rzeczy skierowano z pewnością bardziej do kobiet niż mężczyzn. Po prostu
boli mnie to, jak często traktuje się nas, kobiety, jako odbiorczynie, które
nie zwrócą uwagi na jakość fabuły, bo i tak się popłaczą przy bardziej rzewnej
scenie.
— Kto powiedział, że najbardziej
prozaiczne problemy nie są godne zainteresowania? Takie choćby jak najzwyczajniejsza
w świcie samotność. W Siedmiu rzeczach,
których nie wiecie o facetach pokazano nam zarówno naprawdę poważne dramaty,
jak rozpad małżeństwa lub wyrok, jak i takie, które dręczą wielu z nas i o których
często nikomu nie mówimy, czy to ze strachu czy z przekonania, że inni mają
gorzej. Czy hierarchizacja ludzkich problemów jest w ogóle etyczna? Czy można
zbagatelizować jakiś duchowy brak u osoby, która pozornie ma wszystko:
pieniądze, przyjaciół, sławę, powodzenie u płci przeciwnej? Czasami możemy
stwierdzić bardzo bezmyślnie, że ktoś jest szczęściarzem, podczas gdy cierpi
duchowe męki. Czy często nie jest tak, że we własnej arogancji mówimy komuś No już nie marudź, masz lepiej od innych.,
Kto powiedział, że będzie łatwo., Nie przesadzaj. Przecież mu to wcale nie
pomaga, wprost przeciwnie: taki ktoś tylko zamknie się w sobie i straci
motywację, by swój problem naprawić. Straci też zaufanie do tych, od których
oczekuje przynajmniej wysłuchania.
Mam wrażenie, że od czasów Listów do M. polskie filmy zaczynają
reprezentować powolutku nową jakość, zaczynają nabierać wartości. Czyżby
producenci filmowi zauważyli, że wcale nie lubimy, gdy robią z nas idiotów, a
wysoko cenimy sobie takie produkcje, które jednocześnie bawią i poruszają,
są nam bliskie ale nie powtarzają schematów i stereotypów? Siedem rzeczy, których nie wiecie o facetach to właśnie jeden z
takich filmów. Ma porządny scenariusz, barwnych bohaterów i wzbudza przeróżne
emocje, które pozwalają ten tytuł przeżyć i zapamiętać. Wprowadza też powiew
świeżości. Może to jeszcze nie arcydzieło, ale dobra produkcja, warta uwagi,
którą naprawdę polecam.
Isleen
Komentarze
Prześlij komentarz
Będzie mi bardzo miło, jeśli wyrazisz swoje zdanie. :) Każdy komentarz satysfakcjonuje.
Pamiętaj jednak, że natychmiast usuwam spam i wszelkie wypowiedzi naruszające zasady netykiety.