Młody Polak w świecie opowieści o królu Arturze. „Koniec pieśni”

Powieść zaczyna
się w uniwersum arturiańskim. Legendarny król popada w szaleństwo. Choruje.
Jedyną osobą, której tak naprawdę na nim zależy, jest jego wierny giermek,
Bedevir. Artur ginie w końcu w bitwie, a Brytowie z coraz większym trudem
odpierają ataki Germanów. Bedevir słyszał o naszyjniku mającym ogromną
moc, mogącym wybawić jego lud z opresji. Wydaje się jednak całkiem zagubiony w
tym spływającym wojenną krwią świecie. We Współczesnej Warszawie natomiast do
gabinetu szkolnego psychologa Łukasza Klimkowskiego trafia Igi — zbuntowany
nastolatek, dręczony przez prawdziwe demony i pozostawiony samemu sobie. Wkrótce
jednak, za sprawą tajemniczych wydarzeń, w ręce Igiego trafia ten niezwykły
amulet poszukiwany przez Bedevira, a on sam zostaje wciągnięty do świata magii.
Pozwólcie, że
zacznę od dość trywialnej uwagi: Koniec
pieśni to jedna z tych książek, które tylko utwierdzają mnie w przekonaniu,
że każde wydawnictwo powinno zatroszczyć się o korektę dla wydawanych przez
siebie tytułów. A zwłaszcza tak duże wydawnictwo, jakim jest Znak. Szczerze
mówiąc nie sprawdzałam tego, ale mam wrażenie, że akurat tej książki nikt nie
korygował. Wspominam o tym jako pierwszym, ponieważ literówka na literówce
bardzo utrudniały mi czytanie. Jakby tego było mało, stylistyka leży i woła o
pomstę do Nieba. Autor nie radzi sobie z konstrukcją gramatyczną bardziej
złożonych zdań, przez co ciężko czasami połapać się, co ma na myśli. Chyba
nigdy nie spotkałam się z utworem, który został wydany w tak fatalnym stanie.
Oczywiście, jeśli chce się wydać książkę, powinno się posiadać o wiele wyższe kompetencje
językowe. Ale od czego jest przecież redakcja? W tym przypadku powieść została
bardzo zaniedbana, więc jeśli zdecydujecie się ją przeczytać, a jesteście
zepsutymi do szpiku kości polonistami, radzę uzbroić się w cierpliwość i wyrozumiałość.
Szczerze mówiąc,
mnie Koniec pieśni nie wciągnął.
Fabuła nie jest zła. Jest raczej bardzo przeciętna. Uważam sam jej koncept za całkiem
niezły, jednak wydarzenia poprowadzono bez polotu. Nie wzbudza w czytelniku, a
przynajmniej nie zrobiła tego w moim przypadku, żadnych uczuć. Czytałam to z
obojętnością. Nie czekałam z bijącym sercem na rozwiązanie przedstawianych
problemów, nie potrafiłam utożsamić się ani z Igim, ani z Bedevirem ani z
żadnym innym bohaterem i właściwie obojętne mi było, co się z nimi stanie.
Narracja została poprowadzona sucho, nieoryginalnie, ani nawet płynnie. Tak
naprawdę zawiera wiele błędów, nie tylko gramatycznych. Przede wszystkim jest
zbyt chaotyczna. Autor moim zdaniem nie potrzebnie podzielił powieść na kilka
wątków prowadzonych z perspektywy różnych postaci. Co tu dużo mówić — Pieśń lodu i ognia czy Siewca Wiatru to nie jest. Wątki
poboczne są mało ciekawe, ale przynajmniej każdy z nich wyraźnie wnosi coś do
ogółu fabuły, chociażby samym zakończeniem — a nie jak np. w Pieśniach Ziemi Elspeth Cooper. Jednak
nie widać wyraźnie przejść pomiędzy wątkiem jednego bohatera do drugiego, przez
co czasami trudno zrozumieć, co się dzieje i z kim mamy do czynienia. Na
przykład, kiedy wydawało mi się przez pół partii tekstu, że czytam o Igim,
nagle okazywało się, że to fragment o Łukaszu. To na tyle dezorientujące, że
przez długi czas nie mogłam nawet zrozumieć, dlaczego coś się stało i co
z czego wynika. I nie, nie jest to spowodowane wysoką trudnością tekstu,
tylko zwykłą amatorszczyzną.
Mimo to kilka
pojedynczych zdań mi się podobało. Z jakiegoś powodu fragment, który szedł
mniej więcej tak: Od wstąpienia do Unii
Europejskiej w Polsce zapanowały pedalskie niby-zimy utkwił mi w pamięci,
bo po prostu mi się spodobał. Nie wiem czemu, po prostu coś jest w tej jego
prostocie. Szkoda tylko, że cały tekst nie został wyposażony w to coś.
Postacie pod
względem psychologicznym nie są złe, ale to dlatego, że przepełnia je prostota,
a kilka z nich, na przykład Igi i Łukasz, zostali zbudowani, jak mi się wydaje,
na stereotypach. Łukasz to typowy nieudacznik spędzający życie na grach MMO, w
niesatysfakcjonującej pracy i w wypalonym związku, nieprzejawiający absolutnie
żadnej inicjatywy, by coś w życiu osiągnąć lub chociaż poprawić; „przegryw”,
jak zostałby nazwany przez internautów ostatniej dekady. Igi to zbuntowany,
długowłosy nastolatek słuchający metalu, jeden z tych pochodzących z
patologicznej rodziny, wyobcowany i niezrozumiany przez nikogo. Podobnie
jak Łukasz raczej bierny, pozbawiony energii, niepotrafiący o nic
zawalczyć ani w nic uwierzyć. W dodatku przygoda jaką przeżywa nie wpływa na
jego charakter, nie czyni go dojrzalszym ani w jakiś sposób mądrzejszym, czy
chociaż gorszym. Obaj wzbudzają bardziej politowanie niż pogardę, ale też
trudno poczuć do nich sympatię. Są różnymi reprezentantami Polaków cierpiących
na ból siedzenia, którzy więcej narzekają i płaczą zamiast robić. W ogóle
powieść wybrzmiewa dość dekadencko, ale w zdecydowanie złym znaczeniu.
Jedynymi
postaciami, które podobały mi się w całej książce, byli Bedevir i dziewczyna
Igiego, Alina. Nasz rycerz wykazywał się doświadczeniem i rozsądkiem. Chyba
jako jedyny coś próbował zdziałać, a jeśli miał coś do zrobienia robił to bez
marudzenia. Zdawało się, że tylko on ma jakiś cel do którego dąży. W porównaniu
z takimi śniętymi rybami jak Igi czy Łukasz wykazywał ogromną inicjatywę,
chociaż z drugiej strony do Aragorna mu trochę brakuje. Alina natomiast,
chociaż nie gra dużej roli w książce, wprowadza do niej promyk optymizmu swoją
miłością do Igiego i szczerą chęcią pomocy mu. Chociaż sama zdaje się nie mieć
ciekawej życiowej sytuacji, wraz z Bedevirem sprawia wrażenie, że na czymś, lub
raczej na kimś jej w życiu zależy.
Mimo wartkiej
akcji powieść jest trochę nudna. Może czułam tak przez ten brak emocjonalnego
zaangażowania w lekturę. Nie została przecież napisana w sposób przewidywalny. Brakowało
jej tylko dobrych opisów i postaci wzbudzających jakiekolwiek uczucia, czy to
wrogie, czy przyjacielskie. Czułam pewien brak, jakąś sprawozdawczość. Można to
porównać do przestronnego pokoju bez ani jednej ozdoby, nawet w postaci mebli;
sukni z pięknego materiału ale uszytej z kiepskim krojem czy muffinki bez
nadzienia.
Co ciekawe jednak,
autor najbardziej barwnie opisuje to, co brzydkie czy wręcz odrażające. Do
najbardziej szczegółowych opisów należą te przedstawiające morderstwa (w Końcu pieśni szczególnie brutalne), ludzkie
wnętrzności, zwłoki czy po prostu przykre wydarzenia z życia bohaterów i ich
negatywne emocje. Wszędzie panuje beznadzieja i szarość, zarówno w życiu
typowego warszawiaka jak i bohatera legend. W alternatywnym wszechświecie
pojawia się tak naprawdę niewiele niezwykłości i magii, gdyby się nad tym
zastanowić. Z jednej strony to dość interesujące, bo rzeczywistość równie szara
jak nasz zwykły świat może przedstawiać pewną dość okrutną prawdę, a z drugiej
podważa to wyjątkowość utworów fantastycznych, które przynajmniej w moim
odczuciu są niesamowite dlatego, że stanowią doskonałą pożywkę dla naszej
wyobraźni.
Wracając do
postawionej we wstępie hipotezy: czy Koniec
pieśni przekonuje? Mnie nie przekonał. Oczywiście, znajduje się w nim
ziarnko realizmu, zwłaszcza w postaci przedstawień trudów życia zwyczajnych,
szarych Kowalskich, zarówno tych prawdziwych jak i pochodzących z mitów i legend.
Jednak sam motyw podróży między dwoma światami i przenikania się ich został zrealizowany
banalnie. Nie byłam w stanie „uwierzyć” w tą opowieść w taki sposób, w
jaki „wierzy się” Rowling, Tolkienowi, Suzanne Collins czy Georgowi Lucasowi. Zwłaszcza
pod koniec. Ponadto nawet nasz zwyczajny świat został pokazany dość
jednostronnie, prawie dosłownie jako padół, gdzie już lepiej się powiesić
zamiast próbować żyć. I nie ma w tym żadnej głębszej filozofii. Koniec pieśni jest po prostu do bólu,
mówiąc w nowym slangu, cebulacki.
Aby jeszcze przez
chwilę podtrzymać atmosferę naszego narodowego malkontenctwa dodam, że powieść
Zembatego wydano w jakichś kosmicznych wymiarach, prawie dosłownie kwadratowych,
przez co nie pasuje do idealnego szyku, w jakim układam książki na swojej
półce. Ale z drugiej strony dużo wygodniej trzyma się ją w dłoniach w
czasie czytania. Innymi słowy, jest poręczna.
Ale czy warto w
ogóle po nią sięgnąć? Raczej nie należy do tytułów, które mogłabym polecić. Z
trudem przez nią przebrnęłam. Nie mam pojęcia, czy spodoba się fanom opowieści
o królu Arturze. Chociaż nie znam się na nich odnoszę wrażenie, że króla Artura
tam tak naprawdę jak na lekarstwo. Nie jestem też w stanie stwierdzić, czy
Zembaty w budowaniu uniwersum Brytów jest rzetelny. Ja dostrzegam w tej książce
mnóstwo amatorszczyzny, ale takiej złej (bo nawet amatorszczyzna może być
dobra). Koniec pieśni moim zdaniem w
ogóle nie powinien zostać dopuszczony do druku w obecnej formie. Zembaty
zdecydował się na debiut według mnie trochę za wcześnie. Ale gdyby mocno
doszlifować jego dzieło, mogłoby stanowić przyzwoitą lekturę.
Isleen
Komentarze
Prześlij komentarz
Będzie mi bardzo miło, jeśli wyrazisz swoje zdanie. :) Każdy komentarz satysfakcjonuje.
Pamiętaj jednak, że natychmiast usuwam spam i wszelkie wypowiedzi naruszające zasady netykiety.